Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Pińczowski Klub “Pięć aSÓW” na Wielkim Boju Planszówkowym w Kielcach!

0 komentarzy

Fragment książki Tomasza Jaklewicza; Czas jak Nida płynie

16 lutego 2024 | Tomasz Jaklewicz, Fragment książki Tomasza Jaklewicza; Czas jak Nida płynie | Wyświetleń: 1 009

O zapomnianym starym młynie, nalewce z muchomorów, złotych carskich rublach i wężach z Góry Grodziskowej.

 

Część I

 

Działały cztery młyny wodne – jeden okazały, Józefa Jaklewicza – mego dziadka, a pozostałe należały do przedsiębiorców żydowskich. Były to niewielkie młynki o charakterze bardziej gospodarczym niż przemysłowym, nie robiące imponującego wrażenia.  Piąty młyn – własność Mintza i Rottenberga – był zarazem elektrownią dostarczającą prąd miastu.

W Pińczowie pomieszkiwał jeszcze jeden bardzo zamożny przedsiębiorca żydowski, związany z młynarstwem, Henoch Szwugier, jednakże jego młyn znajdował się w Wiślicy. Szwugier i jego brat Icek robili duże interesy: kupowali lasy, dzierżawili młyny i tartaki. Henoch dla zaznaczenia swej pozycji nie nosił się z żydowska, chadzał w długim surducie, nie chałacie, gładko wygolony. Henoch Szwugier jako jedyny, płacił najwyższą wśród pińczowskich Żydów składkę na rzecz gminy żydowskiej w wysokości pięćdziesięciu złotych rocznie, przy przeciętnej składce okołu piętnastu złotych.

 

Józef Jaklewicz młynarz z podpińczowskigo Grodziska

 

Pisząc o  pińczowskich młynarzach, przypomnę młyn mojego dziadka. Był to znany i ceniony młyn, bowiem według okolicznych gospodarzy, sprawiano w nim najlepsze mąki i kasze w całej okolicy. Przed wojną ten młyn był czymś wyjątkowym, dawał pewien status. Zawód młynarza cieszył się powszechnym szacunkiem. Od młynarza zależał smak chleba, młynarz panował nad wodnym żywiołem. Potrafił obsługiwać tajemnicze, skomplikowane mechanizmy w młynie.

W młynie dowiadywano się nowinek z okolicy i z całego świata, gdyż dziadek, chyba jako pierwszy człowiek w Pińczowie zakupił radio.

Józef Jaklewicz fachu młynarskiego nauczył się od swojego ojca Franciszka Jaklewicza, który we wsi Kamyk nad Wartą miał młyn i tartak, a ponadto w ramach hobby niewielką pasiekę. Był człowiekiem obrotnym.  Wyznawał w gospodarzeniu zasadę trzech koszyków, która sprowadzała się do tego, by pieniądze inwestować przynajmniej w trzy przedsięwzięcia. Jeśli jedno słabo się rozwija, to można odbić to sobie na pozostałych. Dlatego też jego żona, a moja prababka,  z domu Filipowicz, prowadziła także zajazd, którego nie omieszkał odwiedzić każdy włościanin wracający z targu, każdy sołtys wracający z odprawy u naczelnika, każdy wędrowny dziad. W zależności od zasobności kiesy, do gorzałki goście zamawiali  bigos, pieczyste, jajecznicę. Służąca podawała jedzenie na blaszanych miskach. Kto chciał zamawiał wędzoną słoninę,  boczek, śledzie, kiszone ogórki, gomółkę sera, obwarzanki.(…)

Józef Jaklewicz młyn w Grodzisku z przyległościami, w tym pole, zakupił od kolejnego właściciela Żyda, za trzy tysiące rubli w złocie. Było to kilka woreczków złotych monet. Nawet na początku XX wieku była to bardzo duża kwota na zakup nieruchomości w Królestwie.  W tym czasie za konia roboczego płacono pięćdziesiąt rubli, pokój w dobrym hotelu warszawskim kosztował minimum trzy ruble za noc, dniówka robotnika rolnego z własnym sprzętem wynosiła nieco ponad rubel.

Zaufanie do carskiego rubla było tak silne, że gdy na początku pierwszej wojny światowej carscy płatnicy wojskowi chcieli płacić na Ponidziu za rekwirowane konie i wszelkie inne dobra przydatne armii, złotymi pięciorublówkami, które w płóciennych workach zalegały stoły, za którymi zasiadali płatnicy, to chłopi żądali papierowych rubli jako lżejszych i wygodniejszych w doraźnych drobnych transakcjach. Po wojnie mogli tymi papierowymi rublami tapetować co najwyżej ściany i trafiały się w ponidziańskich wsiach domostwa, gdzie gospodarze tak robili, protestując w ten sposób przeciw niesprawiedliwości dziejowej.

Młyn w Grodzisku, zanim przeszedł w ręce żydowskie, należał wcześniej do rodziny Szkadłubowiczów. Maciej Szkadłubowicz był w owym czasie burmistrzem miasta. Mieszkał w murowanym domu, w rynku.

Inwentarz klucza pińczowskiego z 1769 roku tak opisuje ten właśnie  młyn: Młynek za Mirowem Szkadłub zwany, między górami.

Domek z kamienia murowany jest osobny nad młynkiem dla młynarza, do którego wchodząc, drzwi do sieni z tarcic na zawiasach y chakach dwóch żelaznych z wrzeciądzem y skoblami żelaznemi, w sieni jest komin z fundamentu murowany, nad dach wywiedziony. Z sieni do izby z tarcic na zawiasach y chakach dwóch żelaznych z wrzeciądzem, haczykiem i skoblami czteroma żelaznemi, w tey izbie okno  versus  meridiem, o dwu kwaterach otwieranych, szyby w ołów oprawne dobre, piec kachlowy na fundamencie murowany dobry, przy nim ode drzwi  kominek kopiasty z piecykiem piekarskim murowany, dym z tych wychodzi do komina w sieni nad dach wywiedzionego, powała na trzech tragarzach z tarcic dobra, podłogi nie masz. Z tej izby jest komora z forsztów przepierzona,  do której drzwi na biegónie drewnianym,  z wrzeciądzem y skoblami  żelaznemi, w tej komorze okno puste deseczkami obite, dach nad młynem gontowy dobry.

(?) Sadzawka w trianguł w groblach z upustem dobra, ( w tey WW.OO Reformaci mają pozwoleniae JW. Pana ryby swoie konserwować) do której  woda idzie z źródeł z pod góry przekopą, dalej korytami pokrytemi, od wierzchu w groblą zasypanemi, z tey woda  idzie na młynek wyżey wyrażony, upustem w pogródkach będącym.

Dziadek Józef z dumą mawiał memu ojcu:  Odkąd   wynaleziono młyn wodny, w naszej rodzinie wszyscy od pokoleń byli młynarzami. Stary młynarz Józef był doskonałym fachowcem, potrafił naostrzyć kamienie młyńskie,  sam wykonywał z drewna różnego rodzaju koła zębate niezbędne w młynie. Było to naprawdę bardzo trudne zadanie, bowiem koła musiały się idealnie zazębiać, jeśli miały należycie pracować. Drzewo do tej pracy dziadek gromadził zawczasu. Sposób w jaki je pozyskiwał również budził wśród postronnych szacunek dla wiedzy i umiejętności, ale też wśród ciemniejszych obywateli budził podejrzenia, że w bajaniach o kumaniu się młynarzy z ciemnymi mocami jest coś na rzeczy.

Drzewo potrzebne mu na wykonanie koła zębatego mój dziadek wyszukiwał nieraz parę dni.  Akacja musiała rosnąć w zacisznym, nasłonecznionym miejscu, mieć pień odpowiedniej grubości. Drzewo dziadek ścinał w nocy w czasie ubytku księżyca, twierdził, że tylko wtedy takie drzewo jest wyjątkowo twarde i odporne na ścieranie. Dziadek wolał sam wykonywać koła zębate niezbędne w młynie, niż instalować metalowe, bowiem metalowe koła zębate wycierały się równocześnie i po pewnym czasie należałoby je wymieniać na nowe. W wypadku kół drewnianych z zębami akacjowymi, nieraz wystarczyło po prostu wymienić wytarty ząb, montując nowy w odpowiednie gniazdo.

Babka z kolei parała się  z zamiłowania znachorstwem. O recepturę jej nalewki z bimbru na czerwonym muchomorze, rewelacyjnej na zapalenie stawów, różnego rodzaju bóle, także niegojące się rany, umiejętnie stosowanej przez moją babkę także doustnie, bezskutecznie ubiegali się farmaceuci z Pińczowa. Nalewkę można było sporządzać tylko w drewnianych naczyniach, oczywiście najlepsze były z akacji, które to drzewo dodatkowo wzmacniały siłę leku swymi lekko trującymi właściwościami, a ponadto miksturę  po jej sporządzeniu należało jeszcze zakopać w akacjowym naczyniu  przynajmniej na dwa miesiące w ziemi. Inne grzyby zbierane przez babkę nawet zimą, rewelacyjnie pomagały przy przeziębieniach, a z niektórych odmian grzybów zbieranych zimą babka przyrządzała wyśmienity sos do ziemniaków. Po latach mój ojciec z rozrzewnieniem  wspominał smak owych zimowych grzybków serwowanych z białą fasolą, szkoda wielka, że ta wiedza mojej babki bezpowrotnie przepadła. Nikt z rodziny nie miał cierpliwości chodzić z nią zimą na grzyby, gdyż babka jako miłośniczka przyrody dużo czasu przy szukaniu grzybów poświęcała na podglądanie dzikich zwierząt do których potrafiła bezszelestnie się podkraść- informowała potem  Issę gdzie dziki założyły barłogi, czy pojawiły się wilki, z jakiej wsi zwierzynę podchodzą kłusownicy. Zbierała też  spod śniegu zamarznięte lecznicze zioła i korzonki, bryły zakrzepłej żywicy z sosen które lubiła prażyć na blasze kuchennej ze względu na piękny żywiczny zapach, jak twierdziła aromat wybitnie zdrowotny. Bardzo często  z tych eskapad przynosiła zrzucone poroża sarnie czy jelenie, a nawet trafiły się i łosie łopaty przybijane potem przez dziadka do wrót stodoły. Dziadek żartował, że w dawnych wiekach dawno by babkę spalono  za to wszystko na stosie.  Dyskusje babki z felczerem Podolskim na temat leczenia, o wyższości przystawiania pijawek co preferowała babka, od stawiania baniek ciętych, których wielkim zwolennikiem był Podolski z pewnością dawałyby jej doktorat w jakiejś dawnej akademii czarownic.

Nic dziwnego, że po wsiach opowiadano sobie masę bajek, podań i legend  o chytrych młynarzach i ich żonach zawierających dla zysku pakt z Rokitą.

Na Ponidziu od wieków podejrzewano młynarzy o konszachty ze ?złym?. Oskar Kolberg pisał o tych ludowych wierzeniach: ?(?) we spółce ze złym duchem są: czarownice i czarownicy jako to: młynarze, owczarze, pasiecznicy (?).?

Młyn Na Grodzisku budził pewien szacunek, jak i obawy. Był położony kawałek za miastem, droga do niego szła w pobliżu starych zakopanych w ziemi podziemi dawnego kościoła z grobami zakonników w miejscu zwanym Wierciszów i takiegoż zapomnianego cmentarza przy kościele. Wcześniej szło się koło tzw. Ptasiego Dołu – wielkiego jaru zarośniętego tarniną. Zawsze w księżycowe noce w tych miejscach unosiły się kłęby białej mgły jak na oparzelisku. Moje ciotki, aczkolwiek zgubny nałóg kinomański omamiał je tak, że szły na nocny seans z ochotą, to wracając nocą z kina, biegły w tym miejscu pędem. Ludzie widywali w tych miejscach to jakieś ogniki, to ciemne znikające postacie, to coś wyło w krzakach niesamowicie. Cmentarz parafialny i kierkut po drodze, przy kompletnie nieoświetlonej ulicy też nie dodawał odwagi. Mój wuj Marian Wilczyński opowiadał, jak kiedyś idąc nocą przy murze cmentarnym, poczuł, jak coś zdejmuje mu kapelusz z głowy. Włosy stanęły mu dęba i natychmiast pośpiesznie zaczął się oddalać od miejsca zdarzenia. Dopiero z daleka usłyszał śmiechy baniaków, z których jeden, leżący na murze cmentarnym, ściągnął mu niespodziewanie kapelusz z głowy. Takie to bywały atrakcje dojścia nocą do młyna.

5 odpowiedzi na “Fragment książki Tomasza Jaklewicza; Czas jak Nida płynie”

  1. ROMAN GRABOWSKI pisze:

    Czytam obecnie ; ,, Dawno temu na Ponidziu ” , Tomka Jaklewicza . A gdzie można dostać ; ,, Czas jak Nida płynie ” ???!!!

  2. Pokutnik pisze:

    W ktorym miejscu znajdowal
    Sie mlyn na wierciszowie ?

  3. Podpisuje się pisze:

    Dołączam się do komentarza Pokutnika

  4. W Pinczowie urodzony pisze:

    Ciekawe kto był gorszy, gulony czy banioki…

  5. Pokutnik pisze:

    Wiem gdzie znajduje sie ptasi dół.Mlyn na wierciszowie znajdowal sie prawdopodobnie w okolicach strumyka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com