Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Pińczowski Klub “Pięć aSÓW” na Wielkim Boju Planszówkowym w Kielcach!

0 komentarzy

Czas jak Nida płynie -fragment książki Tomasza Jaklewicza

1 marca 2024 | Tomasz Jaklewicz, Tomasz Jaklewicz | Wyświetleń: 778

O zapomnianym starym młynie, nalewce z muchomorów, złotych carskich rublach i wężach z Góry Grodziskowej. Część II.

Od lewej Józef Jaklewicz z dziećmi na górze Grodziskowej

 

Młyn dziadka położony był w najurokliwszej okolicy podpińczowskiej, w pięknym wąwozie, którym zachwycał się dziewiętnastowieczny grafik i rysownik Kajetan Wincenty Kielisiński, pod górą Grodziskową i otoczony wielkim sadem, w którym znajdowała się spora pasieka i duży staw. Woda ze stawu długim dębowym korytem wspartym na dębowych palach, doprowadzana była nad koło wodne znacznie niżej usytuowanego młyna. 

Młyn połączony był ze starym rozłożystym domostwem. Mieszkańcy Pińczowa, którzy przechodzili koło domu dziadka idąc do lasu po chrust na opał, uważali, że jest to dwór i przechodzili koło niego z pewną trwogą, gdyż córka dziadka, Dziunka, bywała nieraz bardzo opryskliwa dla nich, specjalnie puszczając z uwięzi złe psy. Z kolei moja babka często kobietom, które wracając z tzw. zojdkami chrustu na plecach, zatrzymywały się przy strudze wypływającej z sadu, by pomoczyć zmęczone nogi, wynosiła chleb z miodem, dzbanek mleka. Tak, że mimo iż ludzie obawiali się Strasznej Dziuni, to dalej chodzili po chrust koło Grodziska.

Młyn był solidny, zbudowany z drzewa modrzewiowego, dębu, żywicznej sosny. Dziadek dbał bardzo o jego wyposażenie. Mąka mielona w młynie dziadka była bardzo dobra, na przykład nie miała prawa się zagrzać, ani tym bardziej, jak zdarzało się w innych młynach, przypalić na kamieniach młyńskich. Dziadek był na to szczególnie wyczulony. Złośliwi konkurenci rozpowiadali potencjalnym klientom: Ny gospodarzu przyjedźcie ze zbożem, do mnie, jeszcze wam co zborguję. A u Jaklewicza, to worek pszenicy miele się pół dnia.

Dziadek Józef uważał, że młyn miał mielić powoli, ale za to dokładnie- Młyny Boże mielą powoli i dobre młyny na ziemi również- mawiał dziadek.   Jego kunszt przejawiał się nie tylko w umiejętnym doborze sit i pytla, ale i w odpowiednim manipulowaniu przekładniami i transmisjami pasowymi dla utrzymania odpowiednich obrotów kamieni młyńskich. Dlatego też bywały dnie, że gospodarze nawet nocowali na wozach, oczekując na swoją kolej. Szczególnie przytrafiało się to, gdy trafili na niski poziom wody w stawie, albo i na odwrót, gdy niespodziewanie lunął deszcz i woda gwałtownie wezbrała. Podczas takiego zdarzenia trzeba było pomagać młynarzowi w regulacji przepustów i stawideł, by uzyskać odpowiednio silny strumień wody na koło młyńskie.

Najważniejszym momentem było badanie jakości ziarna przez mego dziadka. Gospodarz rozwiązywał worki, a dziadek głęboko zanurzał rękę w zbożu, oglądał ziarno, wąchał i smakował, czy nie jest wilgotne lub zaparzone. Struchlały gospodarz z obawą przyglądał się tym czynnościom, drżąc, czy przypadkiem młynarz nie zawyrokuje: Z tego zboża mąki nie będzie. Przed wsypaniem ziarna do kosza nasypowego, zboże ważono w obecności młynarza. Potem zboże trafiało do tzw. oka bieguna ? górnego ruchomego kamienia młyńskiego i dostawało się między kamienie młyńskie. Mąka z pierwszego przemiału, to była bardzo gruba, ciemna, razowa mąka. Wypiekano z niej chleb razowy. By uzyskać lepszą jakość mąki, razówka musiała zostać przesiana na sitach.

Po zmieleniu, ważono i mąkę, i ospę. Niewielka niedowaga, do kilograma na pięćdziesiąt kilo zboża, był to tzw. rozkurz. Jego wielkość zależała od młynarza.

Kiedy kamienie już ruszyły, gospodarz albo asystował młynarzowi przy doglądaniu maszynerii, albo jeśli ufał dziadkowi, zasiadał na przyzbie przed młynem, uciąć drzemkę na słońcu czy wypalić Płaskiego extra , czy już rzadziej Balsama, a najczęściej skręta z samosiejki.

Bardziej kuci i nieufni gospodarze jednak woleli asystować dziadkowi, niby towarzysko, ale przede wszystkim pilnując, czy aby nie kradnie mąki lub otrąb. Nawet zdarzało się często, że zabierali ze sobą chłopaka, że to niby ciekawy, jak się mąkę miele. A chodziło o to, żeby jeden pilnował przy sypaniu zboża pod kamień, a drugi przy sypaniu mąki do worków.

Dziadka najczęściej to śmieszyło, ale i nieraz denerwowało, bowiem to, co laikom wydawało się nicnierobieniem przez młynarza, który tylko chodzi po młynie, faktycznie było wyczerpującą pracą. Młynarz musiał bowiem w trakcie pracy wszędzie patrzeć, słuchać maszynerii, co gdzie jak stuka, co gdzie jak puka. Jeśli pasy były za luźne, to częstotliwość stukania była inna i dziadek wiedział, że  trzeba je nasmarować, jeśli obroty kamieni były za wolne lub za szybkie, należało je wyregulować. W trakcie tego zajęcia często odmawiał litanię do św. Marcina – patrona młynarzy, żeby pomagał. Dziadek bowiem cierpiał na chorobę zawodową młynarzy – pylicę płuc, powodującą ataki astmy. Nabawił się jej pracując wiele lat  w młynach hrabiego Renarda w Sosnowcu.

Nawet dobrzy gospodarze dawali do mielenia w młynie nie więcej jak dwa, trzy korce w roku, żeby mieć lepszą mąkę na placki i kluski. Częściej mielono zboże na kaszę. Na co dzień w gospodarstwach mielono zboże w domowych żarnach.

Jeśli z gospodarzem była córka czy inna młoda panienka, ta nigdy nie omieszkała umyć twarzy w strudze wody z koła wodnego. Chętnie robiły to i stateczne gospodynie, chociaż zejście w wąwóz pod koło wodne było strome, śliskie i można było natknąć się na zaskrońca lub żmiję.

Woda spod koła wodnego miała, jak wierzono, magiczną moc, powodowała zachowanie urody na bardzo długo, a ponadto wypita przez zakochanych powodowała, że ich miłość trwała aż do śmierci. Wiele panien nabierało tę wodę z koła wodnego do baniek na mleko czy dużych butelek.

Rodzina Jaklewiczów na górze Grodziskowej

 

Wiara w przesądy młynarskie była głęboka. Mój ponad dziewięćdziesięcioletni ojciec, gdy był już  bardzo chory, prosił, aby przynieść mu tej wody z dawnego młyna w Grodzisku i modlił się do św. Marcina, patrona młynarzy, czując się młynarzem i potomkiem pokoleń młynarzy,  mimo, że w młynie pracował po raz ostatni, gdy miał dwadzieścia kilka lat. W gorączce bardzo chciał by zabrać go do młyna, gdzie by poleżał na kożuchu, pod szopą ze sprzętem pszczelarskim. Tej cudownej mieszaniny zapachu miodu, wosku, żywicznych desek, dymu z podkurzacza nie mógł zapomnieć. Chciał  posłuchać hurkotu kamieni młyńskich, perlistego szumu wody spadającej z koła młyńskiego. Nie pamiętał, że tego wszystkiego już dawno nie ma?

Ojciec dowodził mnie i mojej siostrze Magdzie która się nim troskliwie opiekowała w chorobie przez piętnaście lat, że po takiej kuracji, z pewnością znów stanie na nogi po ciężkim udarze mózgu.

  Miejsce pod kołem wodnym miało magiczny urok o wyjątkowej, bajkowej  atmosferze. Szum spadającej i rozpryskującej się o stare, zużyte kamienie młyńskie wody, działał bardzo uspokajająco. Dziadek, stare kamienie młyńskie, które nie dały się już naostrzyć czyli ponakuwać, gromadził w tym miejscu. Nie chciał ich składować byle gdzie. (…)

 Nawet bardzo zmęczeni ludzie szybciej odzyskiwali siły po krótkim pobycie w pobliżu wodnego koła młyńskiego. Powietrze w tym miejscu wąwozu przesycone rozbitą o kamienie, spadającą z wysoka wodą, było wyjątkowo orzeźwiające. Zbocza jaru porośnięte były nadzwyczaj bujną, intensywnie zieloną roślinnością, kolorowymi polnymi kwiatami. Gdy promienie słoneczne przedarły się przez korony drzew w sadzie głęboko, na dno jaru, spoglądając do góry, widziało się na niebie kolorową tęczę. 

Miejsce te uwielbiały liczne zaskrońce i żmije dla obfitości żab. Moja babka, pradawnym zwyczajem, wystawiała im czasem na podwórku miseczkę mleka, aby nie krzywdziły ludzi. Do dziś przetrwała historia o tym, jak kiedyś dała mojemu ojcu, wówczas trzylatkowi bawiącemu się w ogrodzie na jakimś starym kożuchu, miseczkę klusek z mlekiem- gdy zajrzała do niego po pewnym czasie, ujrzała jak jej trzyletni syn, odpędza od miski z kluskami, z mlekiem jakiegoś dużego węża, waląc go łyżką po głowie. Wąż nie był specjalnie agresywny, widocznie, jak twierdziła babka, rozpoznał jej syna. Od tej pory, jeszcze częściej węże z Góry Grodziskowej dostawały mleko w naszym obejściu. Dziadek Józef jednakże, nie wierzył w dobre zamiary żmij i każdorazowo gdy schodził do jaru skontrolować koło wodne, zawsze mocno nacierał buty i nogawki spodni solidną pakułą wełny owczej. Jak twierdził żmije nie znoszą zapachu wełny owczej.

W czasie wieczornych dysput z rabinem  Szbsajem Rappaportem, tenże odnośnie tematu odstraszających zapachów, twierdził, że szczury nie znoszą zapachu kóz i proponował dziadkowi prezent w postaci takiego rogatego zwierza. Jednakże babka bezwzględnie i bezdyskusyjnie ucinała te zamierzenia, nie wykazując nawet odrobiny entuzjazmu, dla kolejnych gospodarczych planów dziadka poszerzenia hodowli owiec o stado kóz.

Szabse, ja wiem, że wy znacie przecież ten stary kawał o rabinie i kozie- pytała z przekąsem- już faraon Tutenchamon, kiedy odkryli jego  grobowiec, trzymał papirus z tym kawałem w garści. A poza tym u nas miejsca jest dość, koza nam nie potrzebna-

Rappaport krztusząc się od śmiechu, mitygował babkę słowami biblijnego mędrca Syracha: Czym dla nóg starca wspinanie się po zboczu piaszczystym, tym żona gadatliwa dla spokojnego męża. W dyskusjach teologicznych babka nie gustowała, zazwyczaj więc powracała do swoich zajęć w gospodarstwie, upominając dziadka na koniec ? Jak chcesz mieć koniecznie kozę w domu, to kup sobie żelazny  piecyk, tylko na taką kozę się zgodzę.-

(?) Jeszcze ja, jako dziecko, najbardziej w Grodzisku uwielbiałem schodzić na dno jaru pod nieczynne już koło młyńskie, porośnięte zwisającymi brodami zielonych porostów i mchów. Gdy patrzyłem na nie od dołu wydawało się gigantyczne. Pływałem przy nim w wiecznym półmroku tego miejsca, w blaszanej balii, odpychając się sztachetą od piaszczystego dna strumienia i  bawiłem się tam wśród wpółzatopionych kamieni młyńskich, porzuconego żelastwa z młyna, między dębowymi kłodami, które niczym kolumny, podtrzymywały koryto tzw. młynówkę, doprowadzające wodę na koło młyńskie. Było w tym miejscu bowiem coś magicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com