Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Pińczowski Klub “Pięć aSÓW” na Wielkim Boju Planszówkowym w Kielcach!

0 komentarzy

O kłusownikach na Ponidziu, tańcu z szablami w Grodzisku

30 marca 2024 | Tomasz Jaklewicz, Fragment książki Tomasza Jaklewicza Czas jak Nida płynie | Wyświetleń: 704

O kłusownikach na Ponidziu, tańcu z szablami w Grodzisku, a także o drodze do Nieba leśnika Aleksandra Issy postrachu kłusowników, felczera Podolskiego i rabina Rappaporta .

 

            Issa lubił wybierając się na nocny obchód lasów, zaglądać do młyna dziadka. Swą ulubioną strzelbę, wielką jednorurkę o nadzwyczajnej długości lufie, bardzo celną zresztą, stawiał opartą o ścianę w kuchni. Nigdy bez niej nie szedł do lasu. Złodzieje drzewa, kłusownicy byli bardzo groźni, potrafili strzelić z samopału w plecy, a nawet rzucić się z siekierą na leśniczego. Margrabia Wielopolski za namową Issy coraz chętniej zatrudniał na leśniczych Czerkiesów z rodziny starego Issy. Byli odważni, zdecydowani i nieprzekupni. (?)

            Wojewoda kielecki w 1925 roku pismem informował starostę pińczowskiego: Doszły do mnie wieści, że na terenie powierzonego Panu Staroście powiatu szerzyć się zaczyna uprawianie przez młodzież wiejską kłusownictwo. W niektórych miejscowościach wyrostki uzbrojeni w kije zaopatrzone  żelaznymi okuciami pojedynczo bądź grupami przy pomocy kundlów wiejskich tropią zwierzynę lub też urządzają formalne obławy (tzw. kotły) na zające i inną drobną zwierzynę, tępiąc w ten sposób znaczne ilości takowej..

            (…)Według obliczeń ?Rocznika Statystyki Polski? tylko w 1928 r. oficjalnie odnotowano 8348 przypadków kłusownictwa.  Ponidzie walnie przyczyniało się do tak wysokich danych. Chłopi, którzy często mięso jadali dwa razy do roku, nie bez zazdrości obserwowali częste polowania Wielopolskich i innych okolicznych magnatów. Oczywiście włościanie uczestniczyli w nich jako nagonka, więc widok obfitości uczt myśliwskich, ilość upolowanej zwierzyny, wspaniałe stroje, konie,  samochody, broń uczestników budziła w nich naturalną niejako zawiść i powodowało pozbycie się wszelkich skrupułów, co do legalności zarobienia na kłusownictwie paru groszy. Jak odnotowywano w policyjnych raportach: Włościanie i domokrążni handlarze jawnie noszą nielegalnie ubitą zwierzynę, którą sprzedają po niskich cenach w sklepach, jatkach itp. 

            Do kłusowania wykorzystywano na Ponidziu także psy. Władze Pińczowa apelowały: Ponieważ zauważono niejednokrotnie, że psy nie są uwiązane na łańcuchach i uganiają się polach niszcząc zwierzynę, zwłaszcza młode zające, Magistrat wzywa tut. ludność aby wszystkie psy były przez dzień wiązane na łańcuchach, przez co uniknie się także nieszczęśliwych wypadków pokąsania przez psy chore na wściekliznę. Przy tem Magistrat nadmienia, że wałęsające się psy będą przez oprawcę łapane.

            Kłusowano nie tylko za pomocą różnego rodzaju sideł, choć o skali tego procederu świadczyło ogromne zapotrzebowanie na drut, kupowany u żydowskich handlarzy. Kłusowano także za pomocą broni palnej, a nawet środków wybuchowych.  Urodzony w Busku, Józef Władysław Kobylański, publicysta i działacz Polskiego Związku Łowieckiego pisał: Kłusownik, który raz zapałał zemstą, to furiat i szaleniec. Morduje upatrzoną ofiarę nawet w kościele lub przy stole rodzinnym, strzelając wieczorem przez zamknięte okno: zabiera dzieciom ojca i żywiciela bez żadnego wzruszenia. Rodzonego ojca, brata czy krewniaka, przyjaciela czy znajomego lub mieszkańca tej samej wsi, położy wszystkich z równie lekkim sercem trupem, gdyby mu chcieli zabrać jego fuzję lub stanąć zaporą w niecnych jego praktykach.

            Władze miasta ostrzegały kłusowników o konsekwencjach ich działalności : Do wiadomości Magistratu miasta Pińczowa doszło, że w rzekach strumykach i stawach położonych w obrębie gminy mieszkańcy tępią masowo ryby przez ogłuszanie i zabijanie ryb za pomoca materjałów wybuchowych wrzucanych do wody. (?) Przy tem Magistrat ostrzega, że winny będzie pociągnięty do odpowiedzialności sądowej.

            Podolski był postrachem gajowych i leśniczych pilnujących lasów Wielopolskich. Po drzewo jeździł bez żadnych kwitów, powołując się jedynie na powinowactwo z Wielopolskimi. Zdarzyło się, że podczas takiej ?dzikiej? wycinki w lesie boguckim, zastał go leśniczy Issa, z pochodzenia Czerkies, zesłany do Polski jeszcze za cara jako ?buntowszczyk?. Podolski nie stropił się spotkaniem, lecz zaprosił Issę do wspólnego skonsumowania butelki spirytusu, którą miał ze sobą. Issa choć kieliszkiem nie gardził, nie lubił pić spirytusu, a że lubił Podolskiego, więc z kolei on zaprosił  go na wino z dzikiej róży, w którego robieniu był mistrzem. (?) To miłe spotkanie zakończyło się ułożeniem upojonego winem Issy do łóżka, przez Podolskiego, który bez żadnych oznak wskazujących na spożycie wrócił do lasu po ?swoje? drzewo.

            Warto wspomnieć że podobnie jak Michał Podolski, leśniczy Aleksander Issa w większe święta ubierał się w swój strój narodowy. Czynił to rzadko, a szkoda, bo strój był piękny i oryginalny, przywieziony przez niego z Kaukazu. Zakładał na siebie czerkieskę – coś w rodzaju długiej za kolana, czarnej burki wełnianej z naszytymi na piersi kieszeniami służącymi do noszenia nabojów, wysoką czapkę z baranka którą nazywał ? papachą – buty z długimi cholewami. Burkę przepasywał wąskim paskiem nabijanym ćwiekami z którego zwisał ozdobny kindżał w metalowej pochwie. Starsi pińczowianie pamiętali ten strój z powstania styczniowego, niektóre oddziały carskie tak były umundurowane.

            Issa był bardzo przywiązany do tego okrycia, gdy kiedyś jeden z synów, bez wiedzy ojca coś w tym stroju uszkodził podczas samowolnego przymierzania, dostał bardzo solidne lanie. Jeszcze długo po wydarzeniu, stary Issa sapał groźnie, gdy wspominał memu dziadkowi tą zbrodnię.

            Gdy Issa podchmielił sobie pitnym miodem w Grodzisku, czasami brał do ręki starą szaszkę ? szablę kozacką bez jelca, którą na worach zboża przywiózł przypadkiem jakiś gospodarz z Kameduł,  do młyna. Spadła mu na wóz z poddasza stajni, gdzie rdzewiała od czasów powstania styczniowego, a on tego nie zauważył. Szabla została u dziadka wetknięta w belkowanie młyna od podwórka, używana  do siekania pokrzyw dla świń, jej klinga poza wąskim paskiem ostrza, zupełnie sczerniała od soku pokrzyw.

            Issa z szablą wyczyniał po prostu cuda, szabla w jego rękach ożywiała, wiła się dookoła ciała w niesamowitych młyńcach, przerzucana z ręki do ręki, podrzucana do góry. Isa przy tym cały czas tańczył; drobił nogami, wirował, przysiadał, uskakiwał i nucił pod nosem jakąś rytmiczną, dziką, kaukaską pieśń góralską. Dookoła niego, bez przerwy, błyszczał świetlisty krąg wyznaczony wirującym ostrzem.

            Był to jedyny w swoim rodzaju widok. Nie sposób było nie uczestniczyć w tym tańcu, klaszcząc i przytupując, co dziadek, babka, a także inni przygodni goście czynili, zwłaszcza gdy także nieco więcej zakosztowali dziadkowego miodu.

            Jak ojciec wspominał, równie pięknym widokiem było, gdy Issa w czerkiesce i barankowej papasze z czerwonym denkiem przeszytym złotym krzyżykiem, na głowie, Podolski w białym, carskim mundurze z orderami, z wojskową czapką z bączkiem nad którym dumnie puszył się bizantyjski orzeł, szli drogą od Grodziska do Pińczowa, a między nimi kroczył rabin Rappaport w dobrze skrojonym surducie z aksamitnymi wyłogami i kapeluszu na głowie, a jego dostojną brodę wichrzył wiatr.

            Może gdzieś, tam za horyzontem, teraz kroczą tą piaszczystą, białą drogą zarośniętą po bokach chaszczami kolcowoju, którego czerwone jagody tak lubił jeść Podolski, dziwiąc się nieraz dlaczego wszyscy tubylcy uważają je za wyjątkowa zjadliwą truciznę.

            Mój dziadek Józef, stary młynarz wodny, stoi w umączonym kitlu, w drewnianych wrotach na podwórze i macha im ręką na pożegnanie. Coś krzyczy, ale jego słowa zagłusza hurkot wielkiego koła wodnego, szum mielących żaren i odległy głos dzwonów pińczowskiej dzwonnicy.

            Przecież każdy dobry człowiek ma otrzymać kiedyś taką nagrodę na jaką zasługuje, a oni chyba nie chcieliby nic więcej niż właśnie to. Piękny zachód słońca i czas spędzony przy opowieści rabina o Arce Noego i kubku miodu, przy szumie i bulgocie wody żwawo płynącej w strumieniu, cichnącym brzęku pszczół w gałęziach starej lipy i nasilającym się jak zawsze pod wieczór zapachu dzikiego tymianku z Góry Grodziskowej. Czy można chcieć coś więcej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com