Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Dni Ponidzia 2026

2 komentarze

Czas jak Nida płynie o część kolejna

7 marca 2022 | Tomasz Jaklewicz, Czas jak Nida płynie | Wyświetleń: 1 052

Fragment niepublikowanej książki Tomasza Jaklewicza – Czas jak Nida płynie –

Głód po wojnie na Ponidziu i osobliwe lokalne specialite; chrabąszcze na oleju, bimber z moczem, polewka na żabich udkach, lub zaskrońcach z pokrzywami i korzeniami łopianu, rosół z gawronich piskląt .

(?)mlika ściągać z kułaków dwa razy więcy jak za Niemca, kartoflów cztery razy więcy, a mnisa ze trzy razy więcy.

 Chłopi dostarczali do skupu zagłodzone warchlaki nakarmione wcześniej soloną śrutą i napojone do oporu wodą aby trzymały wagę i zboże wymieszane z piaskiem.(?)

Należy w tym miejscu  wspomnieć, że na przednówku 1945 i 1946 roku była w Polsce sytuacja głodowa. (?)

Ludzie musieli jakoś się ratować przed śmiercią z głodu. Na Ponidziu w wielu domach główny środkiem odżywczym był bimber. Starsi ludzie pamiętali jak przy jednej misie zasiadała cała rodzina i macza chleb w spirytusie, dorośli i dzieci. Do ohydnego smaku samogonu z dodatkiem karbidu, a często  i moczu dla dodania ostrości smaku, wszyscy byli przyzwyczajeni. Ważne było tylko  te trochę kalorii. Spirytus, na który było bardzo wielkie zapotrzebowanie, wprost nie miał ceny. Gorzelnia w Chrobrzu była nieraz oblegana przez niejednokrotnie uzbrojonych potencjalnych klientów. Na noc wystawiano wartę złożoną z dwu milicjantów i czterech żołnierzy.

Gdy w nocy z 13 na 14 stycznia 1945 roku do Lubczy, koło Wodzisławia weszły frontowe oddziały radzieckie, żołnierze wdarli się do gorzelni. Wskutek ścisku przy kadziach ze spirytusem, kilku z nich już pijanych, wpadło do środka, jednakże koledzy ich nie ratowali, gorączkowo w największym pośpiechu, czerpiąc do manierek, garnków i wszelkich skorup drogocenny płyn, bijąc tonących hełmami, kolbami i wciskając im głowy w spirytus gdy przeszkadzali w nabieraniu alkoholu do naczyń. Gdy następnego dnia opuścili gorzelnię, na dnie kadzi w kałużach spirytusu zostało kilka trupów topielców.

Kontygenty wprowadzone w czasie okupacji przez Niemców, na mocy dekretów PKWN nazwano tzw. dostawami obowiązkowymi. Rolnicy po wojnie obowiązkowo musieli dostarczać określone ilości zboża, mięsa, mleka i innych produktów spożywczych a nawet takich surowców jak końskie włosie, czy odpadki poubojowe. (?)

Na zarzuty śmielszych lokalnych przedstawicieli ludności, że kontygenty powojenne są wyższe od okupacyjnych, a ich rozdział między  powiaty jest niesprawiedliwy, z ust lokalnego kacyka padała w najlepszym razie uniwersalna odpowiedź, wykuta na pamięć z Notatnika Agitatora, ucinająca sprawę, w sensie,  że jest to kwestia natury politycznej, a nie gospodarczej. We wspomnieniach weteranów PZPR, którzy choć poniewczasie, ale jednak przejrzeli na oczy, zachowały się opisy ówczesnych lokalnych sekretarzy z Ponidzia żądających od podległych referentów by: ?mlika ściągać z kułaków dwa razy więcy jak za Niemca, kartoflów cztery razy więcy, a mnisa ze trzy razy więcy.

Cały powiat był oplakatowany drukami, gdzie można było przeczytać, że dla tych co odmawiają dostaw: ?dekret Rządu Tymczasowego  przewiduje kary, podług praw czasu wojennego. Kary te będą wymierzane.

Na wsiach po przejściu czerwonoarmiejców nic nie zostało, nawet kury na podwórku, ale według władzy, chłop musiał dać. Dobrze,  że choć ludzie nie mieli nic materialnego, to sporo zachowało trochę zdrowego rozsądku.

I dawali umiłowanej władzy ludowej g? A jeśli już coś się uchowało, to było chowane w takie skrytki, że nawet wyszkoleni czerwonoarmiejcy, ze swym słynnym złodziejskim instynktem nie wywęszyli. Gdy nie było wyjścia ci chłopi dostarczali do skupu zagłodzone warchlaki nakarmione wcześniej soloną śrutą i napojone do oporu wodą aby trzymały wagę i zboże wymieszane z piaskiem.(?)

Moja mama Józefa, wspominała opowieści zasłyszane od starych lekarzy praktykujących w tym czasie na Ponidziu o pladze głodu powodującego u ludzi obrzęki głodowe, kurzą ślepotę. O epidemiach tyfusu i gruźlicy wywołanych przez głód. O licznych przypadkach gdy zagłodzone matki rodziły ślepe dzieci. Wspomnienia lekarzy sanatorium?Górka – w Busku Zdroju pełne są opisów nieraz tragicznych przypadków zdrowotnych zagłodzonych dzieci z tego okresu.

W nadnidziańskich wsiach w tym czasie przysmakiem była polewka na żabich udkach, lub zaskrońcach z pokrzywami i korzeniami łopianu czy kłączami pałki wodnej. Tradycyjna ponidziańska polewka ? zupa przyrządzona z  łyżki mąki rozbełtanej z wodą i odrobiną soli, czasem ociupiną mleka była królewskim smakołykiem.

Przyrządzano również młode pokrzywy gotowane razem z lebiodą. Małe dzieci już w początkach kwietnia z utęsknieniem wypatrywały szczawiu po polach, by matka ugotowała im zupę. Z kłączy perzu mielonych w żarnach przygotowywano namiastkę mąki na podpłomyki. Wrócono w wielu domach do wynalazku odległych przodków?mąki z kory sosnowej. Mąkę tą robiono z miazgi podkorowej niezbyt grubych gałęzi lub  kory zestruganej z młodych gałązek sosny, ususzonej i najczęściej utłuczonej w moździerzu czy stępie. Potem mieszano powstały proszek ze zwykłą mąką w proporcji jeden do dwu, podpłomyki z tego produktu udawały się dobrze. Miały nieco żywiczny smak.

Przysmakiem był chudy rosół z gawronich piskląt. Jeszcze większym przysmakiem była zupa z żółwi błotnych, których w tym czasie na podmokłych nadnidziańskich łąkach było mnóstwo. Jedzono też raki łapane na padlinę,  to był prawdziwy rarytas, pieczone w popiele.

W sezonie na chrabąszcze, łapano je i smażono na wytłoczonym w domu oleju, czy smalcu jeśli, ktoś go miał, mniejsza już o to z jakiego stworzenia. Tak sporządzone, ze zsiadłym mlekiem, jak wspominali młodość co niektórzy starsi Ponidzianie, smakowały wspaniale. A jeśli nawet nie, to najważniejsze, że przede wszystkim dostarczały trochę białka.

 Jeśli w polu posadzono kartofle, w nocy gospodarz wraz z rodziną musiał tego pola dobrze pilnować, gdyż inaczej sąsiedzi te kartofle by wykopali i zjedli. Po wsiach nie było bezpańskich kotów i psów. Zdarzało  się, że niektórzy krotochwilni kawalerzy poczęstowani żurem na mięsie, przez przyszłą teściową, zaczynali szczekać lub miauczeć. Mój wuj Marian Wilczyński, jak opowiadał mi mój ojciec, w styczniu 1945 roku po poczęstowaniu w Grodzisku  kotletami mielonymi z niemieckich  koni pociągowych, zabitych ostrzałem artyleryjskim na Włochach, zaczął rżeć, a ciotce która go częstowała wyjaśnił, że kotlety były dobre, ale za bardzo jechały kantarą. Jednak tylko dzięki końskiej wędzonce i  koninie zawekowanej w słoikach mieszkańcy Grodziska jakoś przeżyli pierwsze powojenne miesiące. Z żołędzi robiono smaczną kawę po wyługowaniu z nich goryczy przy pomocy moczenia w wodzie z popiołem i uprażeniu na patelni. Z żołędzi robiono mąkę, a nawet jedzono je zamiast ziemniaków.

Obrane z łupiny żołędzie wystarczyło pogotować pół godziny w gęstym wywarze popiołu drzewnego, ale tylko z drzew liściastych, by traciły gorycz, przypominając smakiem nieco młode orzechy. Żołędzie traciły także gorycz po dwudniowym moczeniu ich także w wywarze z popiołu drzewnego, ewentualnie żołędzie można było mocno uprażyć, tak by popękały skórki i wtedy by utraciły gorycz, moczyć do dwu dni, często zmieniając wodę. Mąka z żołędzi, którą robiono przepuszczając obrane żołędzie przez maszynkę do mięsa, nie kleiła się, tak więc należało do niej dodać trochę normalnej mąki.

Do ciasta na zwykły chleb dodawano zmieloną korę brzozową i koniczynę. Wielu mieszkańców z tęsknotą wspominało okupacyjny chleb, gliniasty, czarny, gorzki po spożyciu którego układ pokarmowy reagował produkcją wielkiej ilości gazów, stąd wzięła się popularna nazwa tego chleba ? dźwiękowiec.

Niektórzy zmyślniejsi mieszkańcy podbierali trzmielom tzw. nakrop, rzadki słodkawy syrop. Zakopywano w ziemi stary czajnik, aby wystawał tylko dziobek i często trzmiele zakładały w nim gniazda znosząc nektar z kwiatów, problem, że również trujących jak np. bieluń. Niekiedy powodowało to zatrucia, które dobrze jeśli kończyły się tylko biegunką.

            Henryk Błaszczyk, chłopiec który rzekomo został uwięziony przez Żydów, co było pretekstem do pogromu kieleckiego, wspominał w ?Gazecie Wyborczej?, że w tym czasie, w jego domu dzielono ziemniak na czworo.

W handlu obowiązywała wymiana barterowa, towar za towar, młynarze wymieniali mąkę za węgiel, wymieniono miód za mięso, chleb za cukier, uniwersalnym pieniądzem był bimber.

Z zaspokajaniem codziennych potrzeb radzono sobie wykorzystując doświadczenia z pierwszej wojny światowej i wcześniejszych czasów, zachowane w pamięci starszych ludzi. Ci którzy dysponowali łojem robili mydło. Mieszaninę popiołu drzewnego, najlepiej z sosny, gotowano z wapnem wytwarzając tzw. ług. Następnie ług gotowano z łojem kilka godzin ciągle mieszając. To była wielka sztuka zrobić dobre mydło. Miało ono niestety dość przykry zapach.

            We młynie, w Grodzisku do prania moje ciotki używały wywaru z kasztanów. Rozdrobnione kasztany ok. kilograma gotowało się do godziny, w kilku litrach wody. Powstały wywar doskonale nadawał się do także do mycia naczyń, całego ciała, włosów. Z dobrze utartych kasztanów produkowały nawet mydło. Nie było najgorsze.  Należało tylko pamiętać o dobrym spłukaniu.

Kartki na żywność, kartki na odzież, mydło i proszek do prania były absolutnie niewystarczające. Często nie można było wykupić na nie nawet chleba. Dary z UNRRy zwłaszcza krowy, konie, nawet paczki żywnościowe były zagarniane przez lokalne kliki, które nawet mafijnie opanowały lokalny Polski  Czerwony Krzyż, który  również rozdysponowywał wiele dóbr, niesłychanie cennych w zniszczonym kraju, a na których przejęciu można było w krótkim czasie dorobić się pokaźnego majątku.

Możliwość komentowania została wyłączona.


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com