WWW sieci informacji
Cztery lata istnienia „www.pinczow.com” – czy można mówić o fenomenie strony internetowej www.pinczow.com? Jeśli za takowy uznać jej popularność, wpływ na opinię publiczną, wiek, a przede wszystkim, kto ją prowadzi, to zdecydowanie tak! O początkach jej istnienia, twórcach, współpracownikach i anegdotach rozmawiamy z Mariuszem Kędziora, jednym z redaktorów strony Teresa Krąż: Mariusz, jak to jest? Czy „pinczow.com” to ty? Mariusz Kędziora: Ależ nie! Ja nie jestem ani pomysłodawcą, ani tym bardziej założycielem „pinczow.com”. Głównym i „pierwszym pinczow.com” jest inny Mariusz – Starościak. Bez niego ta strona internetowa nigdy pewnie by nie powstała! Od czego więc zaczyna się historia strony internetowej, bijącej popularnością na głowę dwa inne pińczowskie serwisy – oficjalną stronę miejską i oficjalną stronę powiatową? Było to w lutym 2000 roku… Nie znałem wtedy Mariusza Starościaka zbyt dobrze. On od kilku lat mieszkał w Warszawie. Ja już studiowałem w Krakowie. Pamiętam dostałem od niego e- mail, że próbuje stworzyć serwis internetowy Pińczowa. Dlatego szuka ludzi, którzy są tutaj, na miejscu i mają dostęp do Internetu. W tym pierwszym e-mailu była jeszcze prośba, żeby wysłać dalej tę informację, do osób, które się zna. Po raz pierwszy spotkaliśmy się miesiąc później. Przyszło nas chyba pięć osób… Okazało się, że ja wiem coś o programowaniu komputerowym. Krzysiek Świderski zna się na grafice komputerowej. Mariusz zostawił sobie rolę marketingowca, przyjmując na siebie płacenie rachunków za utrzymanie serwera i zakup domeny. Zresztą, nim doszło do pierwszego spotkania, on już opłacił jej miejsce w Internecie za rok z góry. No i przeszliśmy do wymyślania temu czemuś, wyglądu. Trochę to oczywiście trwało. Zaczęliśmy oglądać jakieś inne serwisy miejskie, których w tym czasie praktycznie nie było prawie wcale. Wzorując się na nich, próbowaliśmy wymyślić, co by do tego naszego wrzucić. I tak pomału „pinczow.com” zaczął się rozkręcać. Na samym początku… No coś tam było. (śmiech) A tak naprawdę, to nic nie było, poza jednym konkursem! Pamiętasz skład waszej pierwszej redakcji? Zaczynało nas sześć osób. Właśnie ja, Mariusz Starościak, Krzysiek Świderski, Łukasz Jezierski, Hubert Powałkiewicz i Czarek Kalisz. Jeśli chodzi o Czarka, być może różniło nas to, że on nie miał dostępu do Internetu, a ja go miałem przez całe pięć lat mieszkania w akademiku. Może dlatego nieco odsunął się od „pinczow.com”. Ale Czarek dużo rzeczy zrobił, takich, które są na naszej stronie do dziś. Na przykład zebrał dane o wszystkich firmach Ponidzia. Opracował też całą stronę dotyczącą klasztoru Ojców Franciszkanów. Łukasz Napora. Przez pewien czas dużo nam pomagał, jeśli chodzi o życie kulturalne w mieście. Załatwiał nam patronat „pinczow.com” nad imprezami, które odbywały się w Pińczowie. Odpowiadał za aktualny kalendarz imprez. Kombinował, żebyśmy mieli na bieżąco repertuar kina. Ale dosyć szybko, że tak powiem, „uciekł” nam, bo przeniósł się do Tarnowa. Było też sporo ludzi, którzy, nie tyle, że pomogli, co byli życzliwi dla całego „pinczow.com”. Czyli w sumie pomogli. Można by ich wymieniać, ale nie sposób to zrobić! Ale faktem jest, że w naszej pamięci są! Kiedy zaczęliście odczuwać, że stajecie się znani, popularni? Trudno to powiedzieć. W każdym razie żadnego przełomowego momentu nie było. Na początku dosyć mocno reklamowaliśmy się w magazynie internetowym, oplakatowaliśmy Pińczów, rozdawaliśmy ulotki. Czy to odbiło się na naszej oglądalności- nie wiem. Wtedy jeszcze nie prowadziliśmy statystyki odwiedzin. Dopiero ostatnio, regularnie sprawdzamy, kto nas odwiedza. Skąd nas odwiedza. Ile tych osób jest… Nasza popularność rosła stopniowo i nadal rośnie. Może nie tak skokowo, jak kiedyś, ale rośnie. Dostajemy sporo listów z całego świata. Ludzie najczęściej piszą nam, że jest super, że w ogóle ta strona jest. Że mogą przeczytać na bieżąco, co dzieje się w Pińczowie. Ci „zaglądający” ciągle proszą o zamieszczanie nowych zdjęć w galerii. Dodam, że zazwyczaj coś ich z Pińczowem łączy. A to sami się tutaj urodzili, a to mają tutaj babcię. Popularność „pinczow.com” to Forum dyskusyjne. A jeśli Forum, to poseł Zbigniew Nowak. Czy możesz powiedzieć, jak się zaczęła wasza z nim znajomość? (śmiech) Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Przyjechałem właśnie z Krakowa i szedłem od autobusu do domu. Uderzyło mnie, że w Rynku stoi samochód, oklejony jakimiś plakatami, a w jego pobliżu kręci się jakiś facet. Oczywiście podszedłem i zacząłem rozmawiać. Co tu ciekawego jest i tak dalej. Nasza współpraca z posłem Nowakiem, wtedy jeszcze nie posłem, zaczęła się nieco później, kiedy powiedziałem mu o „pinczow.com” a on poprosił nas o zrobienie dla siebie jego własnej strony. Zaczęliśmy tę współpracę, bo był tą osobą, która chciała z nami rozmawiać. Widać było w nim tę chęć rozmowy. Wracając do Forum, to rzeczywiście poseł Nowak je rozruszał, wypowiadając się na każdy, pojawiający się temat. Bez jak to się mówi „owijania w bawełnę”. Prowokował tym ludzi do dalszej dyskusji. Teraz odzywa się raczej z rzadka. Myślę, że to przez brak czasu. Nie zamilkł całkiem, ale odzywa się raz na jakiś czas i to nie koniecznie na tematy związane z Pińczowem. Przy czym muszę zaznaczyć, że Forum od dawna żyje już własnym życiem. Latem wyłączyliście możliwość komentowania „świętości” pińczowskiej – Klubu Sportowego „Nida”? Dlaczego? Czyżbyście planowali cenzurowanie waszej strony? Komentarze do „Nidy” to nasze przekleństwo. Wyłączyliśmy je, bo zaczęły pojawiać nam się wypowiedzi, nazwę je tak opisowo, „niezbyt miłe dla ucha”. Owszem, mamy możliwość ocenzurowania każdego tekstu i, dalej – usunięcia go ze strony, ale wymaga to chwili czasu, kiedy trzeba siąść przed komputerem, przejrzeć go… a z wolnym czasem bywa teraz tak krucho. Zdecydowałem się więc wyłączyć komentarze do „Nidy”, bo zaczęły pojawiać się takie, że odechciewało mi się wszystkiego. Czy wiesz, że przy ciekawszych wątkach, poruszanych na Forum, ich wydruki pińczowianie przekazuja sobie z rąk do rąk? Że w wielu biurach dzień pracy zaczyna się od lektury Forum? (śmiech) Wiem. Jest to miłe, bo tym sposobem widać, że strona nasza jest rozpoznawana. Ja widzę w tym inny jeszcze element: otóż żadna szkoła nie dała tyle w dziedzinie upowszechniania Internetu w Pińczowie, co nasz „pinczow.com”. (śmiech). Przez długi czas uważani byliście za oficjalną stronę miejską Pińczowa, prowadzoną przez Urząd Miejski… I to jest druga miła dla nas sprawa. Chociaż czasami denerwująca. (śmiech) Powiem tak, na początku naszego istnienia nie próbowaliśmy prostować, że nie jesteśmy oficjalna stroną Urzędu Miejskiego, bo takowej nie było. Było to dla nas korzystne, w tym sensie, że nasza strona promowana była w wielu różnych miejscach. Nasz adres trafił do wielu baz danych. Przypuszczam, ze w niektórych jest do dziś. Teraz, kiedy chcielibyśmy się z tego nieporozumienia wycofać, okazuje się to nie takie proste. Dlaczego wycofać? Bo na przykład dostajemy masę różnych ofert, takich typowo do Urzędu Miejskiego. Od zachwalania materiałów biurowych poczynając, na ofertach inwestycyjnych kończąc. Od pewnego czasu znów próbujemy odkręcać, że nie jesteśmy oficjalną stroną miasta. Że oficjalna strona to gdzie indziej. Ale ciężko przekonać ludzi, że to nie nas szukają. Wspomniałeś, o propozycji współpracy z Urzędem Miejskim i ze starostwem. Dlaczego do niej nie doszło? Byliśmy w obydwu urzędach, jeśli dobrze pamiętam, już ponad dwa lata temu. Teraz myślę, że wtedy jeszcze wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, czym tak naprawdę jest Internet. Dlatego nic z naszych planów nie wyszło. Jeśli chodzi o Urząd Miejski… Umówiliśmy się na spotkanie. Z tego co pamiętam, było ono bardzo chłodne. Panowie, byli już w tej chwili burmistrzowie, powiedzieli nam, że owszem, zastanowią się, czy możemy stać się oficjalną stroną miejską. Żeby przedstawić im jakąś ofertę. Czy to ma być płatne, czy nie płatne, na jakiej zasadzie. Zostawiliśmy informacje o sobie, co i jak możemy zrobić. Może to był nasz błąd, że nie byliśmy uparci, że nie biegaliśmy za tym. Ale nasze nastawienie było takie, że my już coś mamy, że to ta druga strona raczej powinna zabiegać o nas. Byliśmy chętni zostać oficjalnym serwisem miasta, ale chcieliśmy też mieć na niego jakiś wpływ. Na przykład na tworzenie nowych działów, nowych rzeczy. Z powiatem było trochę inaczej, bo tam poszło nam szybko i konkretnie. W zasadzie nawet nie rozmawialiśmy ze starostą, tylko z informatykiem starostwa. I to on nam powiedział, że na dniach powinna się pojawić ich własna strona. Co prawda zamiast „dni” wyszło dobre ponad pół roku, ale była to konkretna rozmowa. Problem w tym, że… nie żałujemy, że tak się stało! (śmiech) Teraz jest dobrze. Nie musimy się martwić jakimś, nie wiem, wytycznymi. Jeśli ktoś się do nas odzywa, że chce nawiązać z nami współpracę, mówimy mu: jak chcesz, to pisz! Kawałek miejsca na serwerze zawsze się znajdzie! I to jest ten plus, że nie jesteśmy od nikogo zależni. Kto płaci rachunki za pinczow.com? W pierwszym roku za wszystko płacił Mariusz. Później pojawiły się pierwsze reklamy, co dało nam trochę pieniędzy… W drugim roku można powiedzieć wyszliśmy na zero. A teraz? Sami płacimy za utrzymanie serwisu: ja, Mariusz i Krzysiek. A nasza praca, Ali, Krzyśka, Mariusza, moja, pozostałych naszych współpracowników, to już taki czyn społeczny. Ubolewamy nad tym, że żadna firma z regionu nie widzi w naprawdę bardzo popularnym serwisie nośnika reklamy dla swojej firmy. Internet, to nazwę to „rzecz” całkiem nowa. Skąd wzięli się wasi pierwsi „odbiorcy”, odpowiednik naszych czytelników? Czy oni też tak, jak wasza strona, przeszli jakąś „drogę rozwoju”? Zacznę od tego, że w czasie, gdy zakładaliśmy „pinczow.com”, ludzie już wiedzieli, że jest coś takiego jak Internet. Już chcieli zamieszczać tam coś swojego. Ale, nie znając go, wychodzili z założenia, że im więcej tekstu wrzucą tym będzie lepiej. Tymczasem jest odwrotnie! Lepiej napisać mniej, a konkretniej. Ja sam nauczyłem się tej zasady, pracując podczas studiów. Bo Internet, to nie na przykład prasa, gdzie można publikować długie artykuły i da się je spokojnie przeczytać. Długa informacja w Internecie, to zabójstwo dla niej. Co najwyżej da się ją przejrzeć. I to widać po wpisach, jakie pojawiają się czy to na Forum, czy w komentarzach do informacji. Teraz rzadko się zdarza, by teksty były dłuższe, niż dziesięć linijek. Nie to, co na początku, gdzie pojawiały nam się całe referaty. (śmiech) Mówisz, o drugim Mariuszu – założycielu pinczow.com, tymczasem to ty jesteś kojarzony w mieście, jako główny „pinczow.com”. Skąd się to wzięło? Ale to nie tak, bo oprócz mnie jest wiele innych osób, gdzieś tam z boku, dzięki którym ta strona istnieje już cztery lata. Na przykład Ala, współpraca z którą wyszła naszemu serwisowi wyłącznie na dobre! Dzięki Ali mamy świetną galerię zdjęciową. My sami, nie będąc w Pińczowie, nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. Wcześniej, owszem, mieliśmy zdjęcia, ale byli z nich zadowoleni tylko ludzie spoza Pińczowa, którym wystarczało, żeby cokolwiek zobaczyć. Kiedy dołączyła do nas Ala, mamy na zdjęciach wszystkie, bieżące wydarzenia. Dlaczego Mariusz Starościak wymyślił sobie stronę Pińczowa? Pytałeś go może o to? Dlaczego? Bo on zawsze mówi, że chciałby, żeby w Pińczowie coś zaczęło się dziać. Żeby on sobie mógł tutaj przyjechać na stare lata, posiedzieć, w ciekawym miejscu. Żeby mógł wyjść na spacer z dzieciakami i nie martwić się, że ktoś go pogoni z kijem basebolowym. Po prostu chciał, żeby o Pińczowie było więcej słychać. Żeby więcej ludzi było chętnych przyjechać tutaj. Że reklama ta powinna się przełożyć na lepsze warunki życia w mieście. To właśnie jest Mariusz. Dziękuję za rozmowę Od redakcji pinczow.com: Być może w najbliższym czasie uda się opublikować treść całej rozmowy jaka była przeprowadzona latem tego roku. W gazcie pojawiło się (ze względu na objętość) około 40% tekstu z rozmowy.
Może dlatego, że naprawdę zaangażowałem się w jego prowadzenie. Zacząłem na przykład uczyć się programowania komputerowego pod jego kątem. Zależało mi na tym, żeby to jakoś lepiej działało. Może dlatego jestem kojarzony jako „główny” pinczow.com.




