Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Wywiad z Wojciechem Jurewiczem z Teatru Ciut Frapującego.

0 komentarzy

Wywiad z Wojciechem Jurewiczem z Teatru Ciut Frapującego.

5 listopada 2026 | Marcin Biały, pinczow.com | Wyświetleń: 247

25 lat temu pięciu ludzi postanowiło zrobić teatr w Pińczowie. Dziś ten sam teatr ma na koncie dziesiątki spektakli, nagrody, wierną publiczność i statuetkę „Duma Regionu”. O tym, jak z pomysłu kilku pasjonatów powstała jedna z ważnych kulturalnych wizytówek miasta, rozmawiano z Wojciechem Jurewiczem – jednym z założycieli i wieloletnim reżyserem Teatru Ciut Frapującego. Rozmowa została opublikowana na łamach Głosu Pińczowskiego wydawanego przez Towarzystwo Przyjaciół Ponidzia. Bieżący numer, w którym oprócz samego wywiadu znajdą Państwo wiele ciekawych artykułów, dostępny jest TUTAJ.

Głos Pińczowski: Październik 2001 roku. Pięciu ludzi spotyka się i postanawia założyć w Pińczowie teatr. Pamięta Pan ten moment? Co właściwie wtedy chcieliście stworzyć?

Wojciech Jurewicz: Sztuka „Kwartet dla czterech aktorów” Bogusława Schaeffera to był pomysł Tomka Pietrzykowskiego i on zasiadł w fotelu reżysera, a ze mną i Marcinem Błachem grali jeszcze Przemek Majchrowski i Paweł Wawrecki. Krótko mówiąc chcieliśmy zagrać spektakl dla pińczowian dobrze się przy tym bawiąc. A tu masz – pyk, 25 lat.

GP: Dzisiaj trudno uwierzyć, że zaczynaliście od „Kwartetu dla czterech aktorów” Bogusława Schaeffera, a chwilę później zdobyliście Grand Prix w Szydłowcu. Kiedy pojawiło się przekonanie, że z tego może powstać coś więcej niż tylko jednorazowa przygoda?

WJ: To przekonanie pojawiło się dopiero za kilka ład-nych lat. Mam wrażenie, że jakiś czas po otrzymaniu Złotego Gargulca w Szydłowcu dotarło do nas, że ta nagroda nie tylko zwraca uwagę na zespół, ale nakłada nań pewne oczekiwania. „Kwartet” się podobał, ale weź go przebij. No i pojawiło się ukłucie – przynajmniej u mnie – gdzie, co, w jakim kierunku? Wybór padł na mało znany utwór Sławomira Mrożka „Karol”. Wyszło fajnie, a bakcyl zagnieździł się już na dobre.

GP: Był Pan jednym z pięciu założycieli. Jak wyglądał podział ról między Panem, Tomaszem Pietrzykowskim, Pawłem Wawreckim, Przemysławem Majchrowskim i Marcinem Błachem? I czy już wtedy było wiadomo, że to Pan będzie człowiekiem, który w przyszłości poprowadzi zespół?

WJ: Nic nie było wiadomo, bo po opuszczeniu TCF przez Tomka nie bardzo wiedzieliśmy co dalej robić. Był moment stagnacji, ale ja nie chciałem odpuszczać, więc podjąłem się także reżyserowania. I tak po zwerbowaniu do składu kilku osób, z nową energią zaprezentowaliśmy pińczowianom „Zapomnianego diabła”. Od tego spektaklu aż do dziś działam jako aktor i reżyser. Lubię jedno i drugie. Nie mam jakiegoś przepisu na reżyserię. Polegam na swojej intuicji, poczuciu estetyki i zmyśle plastycznym, czasem trochę zrzynam? tak, przyznaję się bez bicia. Podpatruję najlepszych. Nie sadzę się na prekursora nowych nurtów. Jestem reżyserem – amatorem. Mam, rzecz jasna, jakąś wizję całości, wyobrażenie jak to powinno wyglądać, ale poszczególne role są przetwarzane, niejako filtrowane przez ciała i umysły aktorów Teatru Ciut Frapującego i często wychodzą bardzo fajne rzeczy, których nie byłbym w stanie zaplanować. Wtedy cieszę się jak małe dziecko. Według mnie reżyser nie jest od tego, żeby wymyślał aktorowi każdy ruch i gest, choć bywa i tak. Czasem się nie odzywam i pozwalam im kombinować. Jeśli nie są przekonani – pytają – i tak jest super. Pewności siebie dodają mi te wszystkie reżyserowane przeze mnie spektakle. Było ich, licząc tylko TCF, 22. To cenne doświadczenie. Od kilkunastu lat powtarzam, że bardzo bym chciał kiedyś choć raz w TCF być jedynie aktorem – to nie jest z mojej strony żadna kokieteria, cóż… kiedy nikt nie ma ochoty przejąć pałeczki nawet na chwilę.

GP: Przez te lata zmieniali się aktorzy, zmieniały się spektakle i zmieniały się czasy. Co w Teatrze Ciut Frapującym pozostało dokładnie takie samo jak w 2001 roku?

WJ: Poczucie, że pasja i konsekwentne działanie może przynieść dobre efekty.

GP: A czego z kolei najbardziej Panu brakuje z tamtego pierwszego okresu? Ludzi? Energii? Beztroski? A może czegoś zupełnie innego?

WJ: Niczego mi nie brakuje. Wszystko ma swój czas. Z roku na rok nabieramy doświadczenia i z tego względu jest może nieco łatwiej. Ja, w omawianej tu materii, z pewnością działam z większą dozą rozsądku. Chcę wierzyć, że w innych obszarach również.

GP: W repertuarze TCF nie brakuje autorów, których nie sposób nazwać „łatwymi: – Gogol, Mrożek, Gombrowicz, Schaeffer? Dlaczego wybieracie teksty, które wymagają od widza czegoś więcej niż tylko kupienia biletu i wygodnego siedzenia przez dwie godziny?

WJ: Myślę, że statystyczny widz oczekuje od teatru głównie rozrywki, chce zapomnieć o problemach, odpocząć od codzienności, chce się weselić, śmiać. Komedia jest więc czymś, co mu sprzyja, ale kiedy pojawia się sztuka trudna, jak „Kuracja”, „Zatrzymany” czy „Synczyzna”, wymagająca od widza skupienia, pełnego w niej uczestnictwa, a do tego dobra, mocna treściowo i wykonawczo, to bilety rozchodzą się w mgnieniu oka. To dla mnie rzecz wielka rzecz i dowód na to, że dla tych ludzi warto tworzyć kolejne przedstawienia.

Teatr to zjawisko w ciągłym ruchu. Jednak poszukując innych form można wpaść w pułapkę. Forma często staje się niekomunikatywna, pachnie pychą, a sztuka, teatr wymagają pokory. Gdy mierzę się z dziełem, w którym autor zawarł ważne, głębokie treści, które – mimo upływu lat – pozostają uniwersalne, zabiegi uwspółcześniania są zbędne. Poprzez takie nowatorskie podejście teatr może wiele stracić. Może nam umknąć to, co najistotniejsze w danym utworze, a w to miejsce pojawić się fałsz i niezamierzona śmieszność, które pozbawią nas emocjonalnego, wręcz intymnego związku z utworem.

Gonitwa za nowością sprawia, że polska klasyka współczesna taka jak teksty Gombrowicza czy Mrożka, prawie zniknęła z afisza. Kiedy jednak się pojawia, zdumiona publiczność entuzjastycznie stwierdza, że to takie aktualne. Pewnie nie udaje mi się do końca pozbyć nowoczesnego spojrzenia na sztukę, ale widz, który ogląda adaptację osadzoną w realiach czasów w których powstała, nadal może ją przecież odbierać przez pryzmat współczesnych czasów.

GP: Czy zdarzył się spektakl, który po latach najchętniej zrobiłby Pan jeszcze raz? I odwrotnie – czy jest taki, o którym chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć?

WJ: Każdemu projektowi oddaję mnóstwo czasu i energii. Z każdym spektaklem łączy mnie emocjonalna więź i wspaniałe wspomnienia. Lubię każdy z nich, ale przede wszystkim to publiczność je wszystkie doceniła. Oczywiście, że ponowna praca z jakimś tytułem mogłaby być ciekawym doświadczeniem i nie wykluczam tego, ale czy taki spektakl byłby lepszy? Z pewnością inny, z inaczej rozłożonymi akcentami, bo perspektywa patrzenia na świat zmienia się z wiekiem.

GP: Reżyserowanie teatru amatorskiego to chyba zupełnie inna praca niż prowadzenie zawodowego zespołu. Aktorzy mają swoje rodziny, pracę, obowiązki. Co jest trudniejsze: wyreżyserowanie spektaklu czy zebranie wszystkich na próbę?

WJ: Zdecydowanie to drugie, szczególnie przy sztukach o dużej obsadzie. To ludzie dorośli, przeróżnych profesji, którzy mają pasję, wyjątkową wrażliwość i entuzjazm pozwalające godzić obowiązki zawodowe, rodzinne etc. Godzenie tych do najłatwiejszych nie należy. Wiedzą o tym doskonale łatając etaty, goniąc z jednej pracy do drugiej, wychowując dzieci, mijając się w progu lub wcale nie widując najbliższych, bo próby trwają do późnych godzin wieczornych. A mimo wszystko da się, bo przy wielu trudnościach i przeszkodach jakie napotykamy jest ogromna satysfakcja, która towarzyszy każdemu przedstawieniu.

GP: A skoro jesteśmy przy aktorach – przez ćwierć wieku przez TCF przewinęło się wiele osób. Czy jest ktoś, kogo obecność na scenie szczególnie Pana zaskoczyła? Ktoś, po kim nie spodziewał się Pan, że tak dobrze odnajdzie się w teatrze?

WJ: Tak, w tym czasie przez pińczowski teatr przewinęło się koło 50 osób. Pamiętam, że były wśród nich i takie, co do których nie miałem pełnego przekonania. Tym bardziej przyjemnie było obserwować jak pięknie się rozwijają,nabierają pewności,otwierają ze spektaklu na spektakl.

GP: Byliście wielokrotnie nagradzani i występowaliście poza Pińczowem. Czy sukcesy na festiwalach i poza regionem były dla Pana ważniejsze niż reakcje pińczowskiej publiczności? Czy jednak najważniejsze jest to, co dzieje się tutaj, „u siebie”?

WJ: Pińczowska Publiczność jest priorytetem. To dzięki niej i na jej oczach TCF stał się tym czym teraz jest i działa nieprzerwanie 25 lat. Wyjazdowe spektakle tylko to potwierdzają. Oczywiście bardzo chętnie gramy również poza naszym miastem, przecież po to pracujemy nad spektaklem, żeby pokazać go jak najliczniejszemu gronu odbiorców. 5 czy 6 przedstawień w Pińczowie nam nie wystarcza. Nie ma mowy o odfajkowaniu tytułu. My po prostu lubimy grać.

GP: Teatr jest mocno związany z Pińczowem. Czy można powiedzieć, że przez te 25 lat TCF stał się częścią lokalnej tożsamości? I czy mieszkańcy Pińczowa są dziś inną publicznością niż 20-25 lat temu?

WJ: Jesteśmy grupą ludzi, których połączyła pasja. Kochamy teatr, każdy z nas wnosi tu coś od siebie: nie tylko umiejętności i doświadczenie, ale też emocje i temperament. Lubimy tę atmosferę, kiedy podczas prób, przygotowań, w zmęczeniu, w napięciu, ale i w zadowoleniu rodzi się coś, w co wszyscy głęboko wierzymy. To wszystko byłoby jednak zbyteczne jak popisowa solówka perkusisty na koncercie disco polo, gdyby nie publiczność. Sądząc po jej reakcji nasze starania są doceniane. Dziękujemy Wam, Prześwietna Publiczności. Wasze wsparcie, Wasza obecność to nasze paliwo. Wracając do pytań – 2 x Tak. 800 widzów spektaklu w samym Pińczowie pozwala w ten sposób myśleć.

GP: Jest też druga strona tych 25 lat. Czy był moment, kiedy naprawdę chciał Pan powiedzieć: „Dosyć, kończymy”? Jeśli tak, co sprawiło, że teatr jednak przetrwał?

WJ: Pewnie, że tak było, nie raz. Jak to w związku. Ale jeśli na czymś ci zależy, jest dla ciebie ważne to odpuszczasz czy chcesz wierzyć, że będzie lepiej? Wybaczasz i jesteście w tym dalej razem.

GP: W tym roku świętujecie 25-lecie, ale zamiast odcinać kupony od przeszłości, przygotowujecie kolejny spektakl, – „Mieszczanina szlachcicem” Moliera. Dlaczego właśnie ten tekst uznaliście za właściwy na jubileusz?

WJ: Niby wszystko jest tak, jak wielokroć wcześniej. Wieczorne próby, wzajemne konsultowanie detali, ruchu scenicznego czy sposobu prowadzenia dialogów. Przywykliśmy również do tego, że z racji różnej dyspozycyjności członków zespołu rzadko spotykamy się w pełnym składzie, szlifując wówczas te sceny, których obsadę udało się akurat skrzyknąć. Mimo to wszyscy mamy świadomość wyjątkowości sytuacji, bo przecież premiera przygotowywana na ćwierćwiecze funkcjonowania teatru nie może być po prostu kolejnym spektaklem. Wiemy, że widzowie oczekują czegoś adekwatnego do jubileuszu – to mobilizuje, każe starać się bardziej niż zwykle. Zamierzamy przy tym dowieść, że Molier zagrany z uszanowaniem klasycznych reguł nie stracił lekkości, a kąśliwie wyszydzane ludzkiej małości pozostają boleśnie aktualne. Molier jest – obok Szekspira – pisarzem chyba najbardziej teatralnym, jaki istniał. Każde słowo, jakie napisał, rodzi się z teatru i dla teatru. Scena była dla niego ukochaniem i celem. Na scenie żył, tworzył, na scenie umarł. Ze zjawieniem się Moliera komedia włożyła jakby siedmiomilowe buty, aby przebyć drogę od zaczątków aż do doskonałości. „Mieszczanin szlachcicem” to rozrywka na najwyższym poziomie i doskonała okazja by pełny skład mógł świętować jubileusz bawiąc się tekstem na scenie.

GP: Patrząc na ćwierć wieku działalności, co Teatr Ciut Frapujący dał Panu osobiście? Bo pewnie nie chodzi tylko o doświadczenie sceniczne.

WJ: Dawniej nie myślałem, że będę tak blisko widza. Grając w metalowym zespole jako nieśmiały młody chłopak byłem schowany za perkusją. Teatr leczy kompleksy, jest terapeutyczny. Przez te wszystkie lata bycia na scenie rozbudziła się we mnie chęć grania, więcej, i więcej – to oczywiste. Po zasunięciu kurtyny, w całym spektrum fantastycznych emocji, przez dłuższą chwilę towarzyszy mi również poczucie żalu, że publiczność już wyszła, że już nie patrzy, nie słucha. Poza tym wierzę, że teatr, że kultura w ogóle może być potężną bronią przeciwko ogłupianiu, które jest idealnym podłożem do manipulacji. Pragnę widzieć TCF jako teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowywany przez dialog, który prowadzi do wspólnoty widzów tu i teraz. Na chwilę, ale może i na dłużej. Świat można czynić lepszym tylko zmieniając ludzi, otwierając im oczy na pewne sprawy, zadając trudne pytania.

GP: Z okazji jubileuszu światło dzienne ujrzała książka „Osobliwe spotkania. 25 lat teatru Ciut Frapującego”. Proszę powiedzieć, czego mogą spodziewać się osoby, które zechcą po nią sięgnąć?

WJ: Z książki jestem bardzo dumny. Jej autorem jest Wojciech Faryś, który do zespołu dołączył stosunkowo późno, dlatego propozycja napisania 25-letniej historii teatru była dla niego zaskoczeniem. Skupił się więc na tym, co uznał za szczególnie istotne w działalności TCF – na ludziach oraz łączących ich relacjach. Spektakle pojawiają się w publikacji przede wszystkim tam, gdzie pomagają lepiej przedstawić doświadczenia osób tworzących teatr. „Osobliwe spotkania” są próbą opisania ćwierćwiecza istnienia grupy poprzez wspomnienia i historie ludzi, którzy w różnych okresach spotykali się wokół Teatru Ciut Frapującego. Książka pokazuje, że historia zespołu powstawała zarówno na scenie, jak i poza nią.

GP: Niedawno teatr otrzymał medal „Duma Regionu”. Po 25 latach pracy takie wyróżnienie musi smakować szczególnie. Co Pan pomyślał, kiedy dowiedział się Pan, że TCF został w ten sposób uhonorowany?

WJ: Medal Duma Regionu otrzymany przez TCF podczas XV edycji Święta Pieśni i Muzyki Świętokrzyskiej to dla nas bardzo cenne wyróżnienie, choć przecież rozumiemy, że wspomniana pieśń i muzyka dotyczą nas w stopniu właściwym dla sztuki scenicznej. Wątpiących zapraszamy na listopadowy spektakl.

GP: I na koniec chciałbym wrócić do początku. Gdybyśmy cofnęli zegar do 2001 roku i postawili przed Panem ponownie czterech pozostałych założycieli z pytaniem: „Zakładamy ten teatr jeszcze raz?” odpowiedziałby Pan „tak”?

WJ: Tak.

Bieżący numer, w którym oprócz samego wywiadu znajdą Państwo wiele ciekawych artykułów, dostępny jest TUTAJ.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com