Nigdy nie jest za późno na pasję
W młodości był harcerzem. O wyprawach powyżej 3000 m n.p.m lubił raczej poczytać. Miłość do gór wysokich przyszła całkiem niedawno, w 2008 roku na Przełęczy Lares w Ameryce Południowej. Od tego czasu góry stały się jego pasją, a marzeniem zdobycie Korony Ziemi. W ubiegłym roku zatknął flagę województwa świętokrzyskiego na 3 wierzchołkach „złotej dziewiątki”. Swoimi wrażeniami z kolejnych szczytów chętnie dzieli się z młodzieżą z małych miasteczek podczas powyprawowych slajdowisk. Po co? By zachęcić ich do tego żeby zaczęli marzyć, bo w życiu trzeba wytyczać sobie cele…

Elbrus 2010.
Iwona Senderowska: Zdobycie Korony Ziemi to wyzwanie? szaleństwo? a może chcesz coś w ten sposób udowodnić? Pytam tak, bo górska pasja pojawiła się u Ciebie stosunkowo późno?
Romuald Sadowski: Każdy z nas ma jakieś wyzwania zależne od jego możliwości, talentu i chęci. Ja za cel postawiłem sobie Koronę Ziemi i konsekwentnie do tego dążę. Czy ten cel osiągnę? Nie wiem, wiem jednak że w życiu trzeba wytyczać sobie cele, ważne jest to żeby coś chcieć a stąd już tylko krok do realizacji. U mnie rzeczywiście ta górska pasja objawiła się całkiem niedawno. Pierwsze uczucia związane z chorobą wysokościową poznałem w 2008 roku na Przełęczy Lares w Ameryce Południowej. Generalnie jest tak, że albo wówczas człowiekowi przypada taka pasja do serca i ją kontynuuje, albo po takim jednorazowym wypadzie już nigdy nie chce przekroczyć tej magicznej granicy. U mnie od tego właśnie momentu zaczęła się wielka miłość do najwyższych gór.
ISka: …Znalazłeś swoją pasję.
RS: Tak, na każdym ze spotkań z młodzieżą powtarzam: Popatrzcie na mnie, mam ponad 40 lat i jestem żywym przykładem, że nigdy nie jest za późno na pasję. Ważne jest żeby ją mieć, umieć ją znaleźć. To czyni nas szczęśliwym, a dla mnie góry stały się w ten sposób wyzwaniem na całe życie.
ISka: Lubisz dzielić się swoimi górskimi podbojami z młodzieżą?
RS: Bardzo. Po powrocie z Kilimandżaro postanowiłem, że będę odwiedzał szkoły z małych miasteczek i przywoził im kawałek gór. Odłamki skał trafiają w ten sposób do 14 szkół w województwie a wraz z nimi moje wspomnienia, opowieści, przeżycia. To taka żywa lekcja geografii. Ja sam mieszkam na malutkiej wsi. Widzę jak młodzi ludzie zawężają sobie życie do telewizora, komputera, papierosów wychodząc z założenia, że się nie da, że niektóre rzeczy są zarezerwowane dla ludzi z telewizji, z Warszawy, z Gdańska… Oni często myślą, że w takiej czy innej mieścince to już się nic nie da zrobić bo człowiek jest naznaczony biedą. Ja uważam jednak, że żadne miejsce nie determinuje tego co człowiek ze sobą zrobi. Stąd właśnie powstał pomysł chodzenia do szkół. Celowo odwiedzam szkoły w małych miejscowościach, gdzie dzieciaki mają ograniczone pole do popisu. To taki pomysł, żeby zachęcić ich do tego żeby zaczęli marzyć. Chciałabym dać tą inspirację, pokazać pierwszy krok.
ISka: Jaki jest twój sposób zdobywania tej „złotej dziewiątki”? Czy jest to ściśle zaplanowany proces, czy raczej działanie od szczytu do szczytu?
RS: Kolejność chyba tutaj nie gra roli, choć na pewno wysokość poszczególnych szczytów ma duże znaczenie. To jest taki wybór od najłatwiejszych i najtańszych rozwiązań do tych trudniejszych, bardziej kłopotliwych i wymagających finansowo.
ISka: Co przysparza więc największe trudności?
RS: Wszystkie te sfery przygotowań: kondycyjne, logistyczne, finansowe bardzo mocno się nawzajem przenikają. Jeśli pojawi się sponsor to problem finansowania w zasadzie jest już błahy, tak samo jeśli człowiek utrzymuje się w dobrej kondycji to już przygotowanie kondycyjne nie jest kłopotliwe. Najtrudniejsze, dla mnie, to jest zawsze przekonywanie rodziny i zostawienie ich na jakiś czas.
ISka: I jak oni to przyjmują?
RS: Ze zrozumieniem, aczkolwiek bez euforii. Moja żona rozumie, że jeśli jest pasja to trzeba ją realizować i nie ma w tym co przeszkadzać.
ISka: Podczas spotkań z młodzieżą przekonujesz ich, że sukces w zdobyciu góry to głównie sprawa umysłu.
RS: Dokładnie tak. Przygotowanie kondycyjne, fizyczne jest ważne, ale najważniejsza jest sprawa umysłu. 80% naszych możliwości to właśnie umysł. Nie można więc mieć wątpliwości, myśleć wejdę, albo nie wejdę. Trzeba wiedzieć – tak, widzę się tam na szczycie za jakiś czas. Góry mają takie uroki, że jeśli ktoś już raz zasmakuje to już tam zostaje, źle się czuje bez tego wysiłku, choroby wysokościowej, zdobywania. Z czasem nawet w jakiś sposób tęskni się za tymi najgorszymi wspomnieniami odczuwanymi podczas wchodzenia: zimnem, brakiem tlenu, smrodem w bazach, smakiem a właściwie jego brakiem w tym co jemy… Wszystko to mija na szczycie, jest całkowicie bez znaczenia.
ISka: Banalnie to zabrzmi, ale co czujesz na szczycie?
RS: Wielką radochę, euforię. To jest taki moment, że jak człowiek dochodzi do szczytu ostatkami sił to zawsze sobie pluje w brodę: ja sam, za własne pieniądze tak się upodlę… Natomiast wszystkie te negatywne myśli pryskają w tym momencie na szczycie. I już człowiek dobrze nie zejdzie z góry a już myśli co będzie następne.
ISka: A co będzie?
RS: Aconcagua – najwyższy szczyt Andów i Ameryki Południowej. 7 lutego startujemy, powrót planujemy 28 lutego. Samo wejście będzie trwało około 13-14 dni.
ISka: Kolejna „wysoka” przygoda i nowe wyzwanie, będzie to w końcu najwyższy z dotychczasowych szczytów Korony Ziemi w twoim dorobku.
RS: Tak, kolejny krok w realizacji tego dużego celu. Podchodzę jednak do tego spokojnie, z pokorą. Góry uczą pokory naprawdę w sposób bezkompromisowy. Wchodząc na Elbrus miałem duży problem bo usypiałem po drodze. Niewiele brakło i trzeba by było powtarzać wyczyn, a wydawało mi się że po wcześniejszych górach będzie dużo łatwiej. Nauczyłem się w ten sposób nie bagatelizować żadnej góry – niezależnie czy jest ona wyższa, czy niższa od poprzednich. Góry uczą też takiej koncentracji. Samo wchodzenie na szczyt to jedno, ale bardzo trzeba uważać też przy samym zejściu. W górach nie ma mistrzów świata, którzy nie odczuwają zmęczenia. Trzeba znać swój organizm, wiedzieć w jakim momencie powiedzieć stop żeby nie przesadzić ze swoimi możliwościami. Trzeba poznać granicę rozsądku i ryzyka.
ISka: Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
RS: Dziękuję.
Romuald Sadowski był w środę (26 stycznia) gościem „Spotkania z pasją” w Gimnazjum Nr 2 w Pińczowie. Razem ze współtowarzyszem swoich wypraw – Lechem Segietem – prezesem Klubu Górskiego przy Oddziale Świętokrzyskim PTTK opowiadali o wyjściach na Mont Blanc i Elbrus.




