Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Po pracy zakładali robocze ubrania i wracali do szkoły. Zakończył się projekt Fundacji PGE

1 komentarz

Pacjent szedł z izby przyjęć piechotą do domu

23 listopada 2002 | , | Wyświetleń: 691

Mężczyzna z rozbitą głową, opatrzoną w szpitalu w Pińczowie, musiał wracać do domu na piechotę 17 kilometrów. Nie mógł skorzystać z autobusu, bo była godzina 1 w nocy.




Czterdziestopięcioletni mieszkaniec wsi Rębów (gmina Kije) spadł z drabiny podczas pracy i rozbił sobie głowę. Pogotowie zawiozło go do szpitala w Pińczowie. Był środek nocy z poniedziałku na wtorek. Po opatrzeniu rany lekarz uznał, że pacjent nie wymaga hospitalizacji. Mężczyzna twierdzi, że personel szpitala zmusił go do opuszczenia budynku w środku nocy.




Był środek nocy, bolała mnie głowa i byłem w szoku. Chciałem poczekać na izbie do rana, lecz personel stwierdził, że oni tu nie przetrzymują ludzi. Musiałem wracać na piechotę – twierdzi poszkodowany.




Do jego wsi ze szpitala jest ponad 17 kilometrów. – Bałem się, bo było ciemno i duża mgła. Często odpoczywałem na przystankach, bolała mnie głowa. Musiałem też uważać na pędzące drogą samochody – dodaje. Do domu dotarł rano.




Po naszym telefonie sprawą zainteresował się Roman Szczygieł, dyrektor szpitala w Pińczowie. – Pielęgniarki twierdzą, że mężczyzna awanturował się i był pod wpływem alkoholu. Zaproponowano mu pójście do pobliskiej noclegowni, lecz odmówił. Był agresywny i siostry bały się z nim przebywać. Zwłaszcza że ostatnio inny nietrzeźwy próbował pobić jedną z kobiet z naszej izby przyjęć – relacjonuje dyrektor.




Ranny mężczyzna tłumaczy swój stan szokiem po urazie. – Owszem wypiłem piwo, ale nie byłem pijany. Pamiętam, że bolała mnie głowa i ucho – mówi.




Skoro pacjent był niebezpieczny, dlaczego nie wezwano policji? – Zgadzam się, że trzeba było wezwać patrol policji. Po tej historii na pewno będziemy tak robić. Uchroni to nasz personel przed oskarżeniami i groźbami awanturujących się pacjentów – stwierdza.




Przepisy mówią wyraźnie, że pacjent, który nie kwalifikuje się do szpitala i nie cierpi na schorzenia narządu ruchu, sam ma się zatroszczyć o drogę powrotną. Szpital to nie jest przechowalnia – stwierdza Andrzej Dylecki, dyrektor departamentu medycznego Świętokrzyskiej Regionalnej Kasy Chorych. Przyznaje jednak, że karetki odwożą czasami pacjentów do domu. – Jest to wewnętrzna decyzja szpitala. Być może w tym przypadku powinien zapewnić pacjentowi transport – dodaje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com