TCF – DRUGI FRAGMENT Z ROCZNICOWEJ PUBLIKACJI
1 marca 2026 | TCF, pinczow.com | Wyświetleń: 780
Drogi Widzu! Jeśli zdarza Ci się czasem pomyśleć o nas, to – używając terminologii sportowej – mamy remis. Jako dowód załączamy kolejny fragment naszej rocznicowej publikacji. Wiemy, nie jest najkrótszy, ale przecież Ty zasługujesz na coś więcej niż kilka zdawkowych uprzejmości. Miłego!
(…) Czy zauważyliście, że każdą kolejną zmianę technologiczną okrzykiwano przełomową, że wieszczono zmierzch rozwiązań zastanych i okrzepłych? Telewizja miała oznaczać zepchnięcie kina w czeluście niebytu, a co do pozostałych mediów…
W historii najnowszej mocno zapisał się utwór zespołu The Buggles pod wszystko mówiącym tytułem Video killed the radio star (Wideo zabiło gwiazdy radia). Przekaz ówczesnego hitu był jednoznaczny i czytelny: wizualna, oparta na multimediach przyszłość miała wyrugować z głównego nurtu masowego przekazu omszały już nieco wynalazek Marconiego. Dla zweryfikowania tych przepowiedni wystarczyło kilka dekad. Kina nie opustoszały, w domach ciągle słucha się radia. Podobnych analogii można wskazać znacznie więcej, chociażby nieustający popyt na drukowaną książkę mimo rosnącej popularności audiobooków, ale nie w tym rzecz.
Otóż przy podobnej, dość uproszczonej analizie zjawisk, teatr należałoby plasować w dziale paleohistorii. Przecież wiele spośród prezentowanych na deskach spektakli można z łatwością znaleźć na dowolnie wybranej platformie i zobaczyć w zaciszu własnego domu. Czasem w dosłownym rozmemłaniu: w trepkach i paczką czipsów w dłoni. A jednak ludzie nie przestali bywać na przedstawieniach, co więcej – zwykle traktują takie wyjście jako coś wyjątkowego, pożądaną przerwę od codzienności. Bo teatr to nie tylko snuta na scenie opowieść, to rodzaj celebry, dającej poczucie udziału w niezwykłości. Począwszy od dress-code’u (chyba ciągle odczuwalnego jako swoisty obowiązek), poprzez perspektywę miłych spotkań przed podniesieniem kurtyny na wspólnie przeżywanych i manifestowanych emocjach kończąc. Poza tym, jak w jednym z wywiadów dowcipnie zauważył Jerzy Stuhr: „tutaj nie przewiniesz na podglądzie”. W efekcie widzowie nie tylko nie są jak turyści oprowadzani po muzeum, ale mają poczucie wyjątkowości, a rzucona mimochodem w towarzystwie uwaga: „byliśmy wczoraj w teatrze” ciągle budzi uznanie i stawia wypowiadającego te słowa w gronie nobilitowanych.
Niech więc ta część publikacji będzie dla Was, Droga Publiczności, rejestrem spostrzeżeń o relacjach scena – widownia, przy tym spostrzeżeń prawdopodobnie nienależących do najbardziej oczywistych. Mimo to wypada zacząć od truizmu, a jeśli ten pojawi się na początku rozdziału – wtedy jest szansa, że dalsza jego treść zmyje ów grzech. Otóż w rankingu na komunał wszech czasów bardzo wysoko plasuje się stwierdzenie, że teatr bez widza nie istnieje. Ta jakże lotna sentencja przegrywa jedynie ze znaną maksymą: lepiej być młodym, zdrowym, pięknym i bogatym, niż starym, schorowanym, brzydkim i biednym.
Podkreśleniu roli widowni w spektaklu służyła zapowiedź do jednego z przedstawień Teatru Ciut Frapującego. Zawierała trawestację tekstu Jeremiego Przybory i brzmiała:
Bez Państwa jesteśmy smutni
jak kondukt w deszczu pod wiatr.
W dodatku całkiem wyzuci
z ochoty całej na świat?
Bez Państwa przecież niepełni,
jak czegoś ćwierć, albo pół
i siebie nie całkiem pewni,
wciąż brnący w truizmów muł.
Skoro więc wzajemne relacje stron zostały zdefiniowane, czas przejść do sedna. Publiczność raczej nie zdaje sobie sprawy, że towarzyszy zespołowi na długo wcześniej, niż w chwili kolejnej premiery. Wasza obecność, Drodzy Państwo, zaczyna się już na etapie wyboru repertuaru. W epoce permanentnej i wzajemnej inwigilacji Teatr Ciut Frapujący nie może przecież odstawać od reszty społeczeństwa. Z tą różnicą, że nie sięgamy po wyrafinowane narzędzia szpiegujące Wasze gusta i algorytmy dokonywanych wyborów. Nie dysponując takimi możliwościami, hołdujemy raczej metodom tradycyjnym, opieramy się na wieloletniej obserwacji tego, co wraca do nas w opiniach, recenzjach, a zwłaszcza – rozmowach po właśnie zakończonej sztuce.
Wyrazem naszego wobec widowni szacunku jest i to jeszcze, że staramy się nie zanudzać Was utrzymywaniem określonej konwencji. Wiemy, że nawet najbardziej nośna rynkowo formuła – zwykle komediowa – z czasem ulega wypaleniu. Właśnie z tego powodu co pewien czas dokonujemy niespodziewanej wolty przechodząc od sztuki pełnej farsowych przerysowań do dramatu psychologicznego, w którym każda kolejna scena burzy dopiero co uporządkowany przekaz. Tak było chociażby w przypadku Emigrantów pokazanych po Ciemnie. Znamienne, że ów rollercoaster jak dotąd jest dobrze przyjmowany przez publiczność.
Równie nieświadomie towarzyszycie nam podczas pierwszych prób czytanych, bo przecież to z myślą o Was pracujemy nad dykcją, intonacją, pauzami. Nie nosząc mikroportów sprzęgniętych z głośnikami musimy nauczyć się mówić tak, żeby wszystkie kwestie, nawet te wypowiedziane półgłosem, dotarły do ostatniego rzędu. Kiedy natomiast próby wchodzą w kolejną fazę i sala ciągle jest jedynie zbiorem pustych foteli, chętnie zajmujemy przypadkowe miejsca obserwując grę partnerów. To doznanie trudno porównywalne z czymkolwiek innym. Przecież doskonale znamy wielokrotnie powtarzany tekst, gesty, wzajemne reakcje aktorów. Mimo to ci, którzy akurat nie są na scenie z uwagą śledzą przebieg zdarzeń. Bywa nawet, że rozlegnie się spontaniczny okrzyk uznania, gdy jakaś scena potoczy się zgodnie z zamysłem reżysera. Bo zagrało wszystko: dykcja, intonacja, ruch. Taki drobiazg znaczy wiele, buduje przekonanie, że zbliżamy się do celu zasadniczego, jakim zawsze jest zaoferowanie Wam ? sięgając po język współczesnego rynku dóbr wszelakich ? produktu segmentu premium. (…)
Wojciech Faryś







