Zagłada Żydów w Pińczowie
Zagłada Żydów w Pińczowie – Wspomina Stanisław Jaklewicz
Niemcy nie starali się utrzymywać ludności żydowskiej w Pińczowie w nieświadomości co do czekającego ją losu. Zdarzało się, że gdy drogą poza miastem jechali żandarmi, a spotkali Żyda, rozstrzeliwali go w przydrożnym rowie. Ludziom gdy słyszeli takie historie stawały włosy na głowie. O to zresztą Niemcom chodziło, o zasianie strachu. Pomocnicza policja żydowska tzw. Ordnugdienst bezlitośnie egzekwowała narzucane na Żydów kontygenty w pieniądzach i towarach. Chyba nawet żandarmi niemieccy nie używali tak bezlitośnie pałek jak ci policjanci w służbie niemieckiej. Komendantem policji żydowskiej w Pińczowie był Szmul Fainer, wysoki szczupły mężczyzna zamieszkały w pobliżu dzisiejszego Przedszkola nr 1 przy ulicy Nowy Świat. Obawiano się go powszechnie. Jego dom stoi do dziś.
Jeden z moich znajomych Żydów – Berek, skupywał po wsiach mleko, gdy mu powiedziałem: ”Berku skoczylibyście Niemcom do gardeł, nawet tylko z zębami. Tak was mordują jak barany” – odpowiedział z rezygnacją: „Jest przepowiednia, że gdy przyjdą takie mrozy, że wymarzną kuropatwy, niedługo wyginą i Żydzi. My tu nic nie poradzimy.”
Trzeba przyznać, że mrozy 1941 roku były tak straszne, że rzeczywiście kuropatwy wymarzały po polach, zające przychodziły pod sam nasz dom który znajdował się dwa kilometry od miasta.
W Pińczowie nie było getta, nasze miasto zostało we wrześniu 1939 roku spalone w osiemdziesięciu procentach więc po prostu nie było gdzie wydzielić odrębnej dzielnicy dla Żydów. Żydzi mieszkali w tych samych skupiskach ulic, gdzie mieszkali przed wojną. Niemcy wykorzystywali ich do różnego rodzaju prac od kopania torfu, po reperację ulic. Żydzi nie bronili się, posłusznie wykonywali prace wyznaczone przez Niemców. Niemieccy strażnicy na urągowisko kazali im często śpiewać różne złośliwe ubliżające Żydom piosenki. Jak dziś pamiętam, gdy maszerują do oczyszczania Nidy, śpiewając: „Marszałek Śmigły Rydz, nie nauczył Żydów nic, przyszedł Hitler złoty nauczył Żydków roboty.” Miało to ośmieszać Żydów w oczach ich polskich rodaków, ale uśmiech budziło to u nielicznych, najgłupszych. Wiedzieliśmy, że my będziemy następni w kolejce do wyniszczenia. Nikt rozsądny się temu nie przyglądał w obawie aby samemu nie być przyłączony do kolumny.
Na jesieni 1 października 1942 roku, chyba w niedzielę różnicową, wypędzono ludność żydowską z Pińczowa. Podczas wysiedlania Żydów żandarmi niemieccy dopuszczali się licznych zbrodni. Są to rzeczy zbyt straszne by spokojnie je opisywać. Żandarmi okrutnie mordowali przede wszystkim kobiety, starców i małe dzieci. Często rozstrzeliwali matki razem z małymi dziećmi. Tak było w pobliżu dzisiejszego archiwum miejskiego gdzie rozstrzelali matkę razem z trojgiem dzieci. Gdy zastrzelono matkę, dzieci bardzo płakały i nie chciały odwrócić się tyłem do oprawcy. Ten na siłę je odwracał i kolejno zabijał. Opuszczone domy żydowskie, wezwani strażacy, pod nadzorem Niemców, zabijali natychmiast deskami. Nie wolno było nikomu tam wejść. Gdy następnego dnia przechodząca ulicą Bednarską młoda dziewczyna – Polka, podniosła z ulicy koło domu żydowskiego jakiś stary magazyn mody, stojący gdzieś za załomem muru Niemiec zabił ją jednym strzałem w głowę.
Zebranych na placu koło browaru- dzisiejszy plac G.S. Żydów pińczowskich oraz Żydów spędzonych z okolicznych miejscowości, popędzono pieszo drogą na Skowronno w kierunku Jędrzejowa, gdzie był i jest duży punkt kolejowy. Zagłodzone kobiety wlekły jakieś worki walizki. Starsze dzieci, które ocalały dreptały koło matek niosąc tobołki z odzieżą, czasem trzymając oburącz lalkę, pluszowego misia. Mężczyźni dźwigali w rękach walizki, nieśli worki, plecaki. Jesień była ciepła dach kapliczki św. Anny błyszczał w słońcu. Nad idącymi drogą koło więzienia unosiły się tumany kurzu. Niektórzy z idących odwracali się po raz ostatni spoglądając na miasto. Co pięćdziesiąt metrów szli z brzegu pochodu żandarmi i ukraińscy strażnicy. Niektórzy Żydzi dyskretnie pozdrawiali po raz ostatni znajomych Polaków, którzy niebacznie znaleźli się na trasie pochodu. Pod wieczór zrobiło się bardzo zimno, padał deszcz. Spędzonych Żydów, którzy nocą dotarli do Jędrzejowa, zgoniono na plac targowicy miejskiej, całą noc stali w deszczu i zimnie. Następnego dnia na ziemi pozostało wiele zwłok.
Zaraz po wysiedleniu Żydów z Pińczowa, przyjechały podwody z okolicznych wsi, na które kładziono zwłoki małych dzieci, starców, kobiet i wszystkich innych pomordowanych. Ofiary w liczbie około 150 osób zawieziono na żydowski kirkut, leżący na terenie dzisiejszej szkoły zawodowej. Był już tam przygotowany dół. Strażacy pod karabinami żandarmów, żydowska policja w pośpiechu wrzucali ofiary do dołu. Nikt nie odmawiał nad nimi modlitwy za zmarłych.
Dzień robił się coraz zimniejszy ale słońce przebijało chmury. W powietrzu unosiło się babie lato, nad miasteczkiem zastygła groza. Było cicho, nawet psy przerażone strzelaniną nie szczekały, nie było ludzi na ulicach, ptaków na drzewach. Droga do mojego domu prowadziła koło cmentarza żydowskiego. Wiedziałem, że mogę być zabity, jeśli zauważy mnie jakiś żandarm nie w humorze, ale strach mnie nie powstrzymał. Myślałem, że może kiedyś będzie potrzebny świadek tego koszmaru. Ostrożnie podszedłem pod ogrodzenie. Obok wielkiego dołu widziałem żółciutką hałdę piasku, żandarmów w długich, porozpinanych zielonych płaszczach, karabiny niedbale oparte o drzewa, drabiniaste fury naładowane zwłokami, okolicznych chłopów z łopatami. Niektórzy palili papierosy. Wszyscy zachowywali się spokojnie, normalnie. Może u chłopów widać było jakąś nienaturalną sztywność i powolność w ruchach, ale żandarmi rozmawiali, śmiali się niespecjalnie zwracali uwagę na pracujących Polaków. Któryś odwijał cukierek z papierka. Po dwóch ludzi brało z wozów zwłoki i po podejściu do dołu i rozbujaniu, na trzy ciskali w głąb. Mimo odległości, niektórych martwych ludzi na furach poznawałem: sklepikarzy, sprzątaczy, znajome kobiety, handlarzy którzy od nas kupowali jabłka i miód. Zwłoki w okrwawionych ubraniach, niektóre ze straszliwymi postrzałowymi ranami jak po kuli dum-dum, bez twarzy, bez połowy czaszki.
Na drugi dzień pożydowskie domy przeglądali żydowscy policjanci. Chodzili po domach wraz z żandarmami, stukali w ściany, zrywali podłogi, rozbijali meble, Szukali złota, futer, materiałów. Przy okazji Niemcy mordowali Żydów, którzy ukryli się poprzedniego dnia i nie opuścili miasta. W piwnicy jednego z domów przy ul. Gęsiej odkryli dwu Żydów, rymarza i jego syna, obu zastrzelili przed domem. W tym samym czasie zastrzelili starą kobietę żydowską i młodego chłopaka Srula Chęcińskiego. Po zwłoki pomordowanych przyjechały furmanki.



