Serwis Internetowy Miasta Pińczów

Pińczowska kampania wchodzi na salę sądową. Janusz Koniusz składa wniosek w trybie wyborczym.

4 komentarze

Kolejny fragmenty książki Tomasza Jaklewicza: „Czas jak Nida płynie…”

24 października 2018 | Tomasz Jaklewicz, | Wyświetleń: 1 841

Sporo rozrywki dostarczały szyldy żydowskich sklepów w Pińczowie na przykład „Handel towarów pomięszanych Icka Gringrasa” albo „Handel galanterią i różnem towarem” u Rappaportów na Placu Wolności, tamże w sklepie wisiała ostrzegawcza tabliczka: „Macane do macadora”.

Kolorowy szyld masarza ukazywał połcie szynki otoczone serdelkami, a w sklepie kolonialnym – Chińczyka z puszką herbaty, obok tych szyldów wisiały tradycyjne napisy ?Sklep żelazny i przemysłowy? czy też ?Polski sklep spożywczy.? W Pińczowie, tak jak przed wiekami, nad domami, gdzie mieszkali felczerzy, wisiały oznaki ich zawodu ? szyldy z trzema talerzami.

Handel i usługi skoncentrowane były głównie na Placu Wolności i ulicach: Klasztornej, Krakowskiej, Buskiej,  Gęsiej, 3 Maja, Złotej.

Szczególnie malowniczo przedstawiał się handel na ul. Złotej. Miejsce to zwane było przez Żydów pińczowskich: Złotą uliczką, Bębniącą Judytą albo Bębniącym Faulem, być może od woźnego magistrackiego obwieszczającego zarządzenia magistratu przy pomocy bębnienia. Tak o tym wspominał Kazimierz Klaczyński w książce: „Zanim zostałem oficerem” : „Życie w mieście płynęło prawie jak w średniowieczu. Wszystkie wiadomości były ogłaszane przez woźnego z magistratu. Taki osobnik zjawiał się na skrzyżowaniu ulic z ogromnym bębnem na ramieniu i bił w niego jak do ataku napoleońskich grenadierów. Na to wszystkie służące z tych ulic i chmara Żydków biegły na wyścigi do magistrackiego dobosza. Gdy już odpowiednia kupa zebrała się wkoło, woźny ogłaszał  tubalnym głosem: – Ogłasza się, świnia zdechła, leży w rynsztoku. Uprasza się właściciela o jej zabranie.”

Po obydwu stronach ulicy ustawione były kramy z „aldos guts” czyli wszelkim dobrem: zieleniną, owocami,  pieczywem, nabiałem, rybami. Handlarki nawet w mrozy nie zamykały kramów, grzejąc się od przenośnych piecyków. Czasami dochodziło do kłótni, nawet rękoczynów między sprzedawczyniami. Wtedy nawet w powietrzu latały peruki z kobiecych głów, czapki, laski, przeterminowane owoce  i cięższe przedmioty.  W wypadku dochodzenia policyjnego, Żydzi zachowywali solidarność. Nigdy nie wskazali winnego.

Nie należy zapominać, że tuż przed 1939 rokiem Żydzi stanowili 48 procent ogółu mieszkańców Pińczowa. Dlatego też np. na ul. Gęsiej mieszkało 51 Polaków i 294 Żydów, na ul. Legionów 30 Polaków i 388 Zydów, na ul Klasztornej 66 Polaków i 372 Żydów, na Placu Wolności 182 Polaków i 671 Żydów itd.

Sporą praktykę mieli w Pińczowie felczerzy, cieszyli się zaufaniem. Już w Polsce niepodległej mieli zachowane prawo wypisywania recept, nadane im jeszcze przez carskiego zaborcę, a ci, którzy mieli uprawnienia, mogli wyrywać zęby. Zabieg ten przeprowadzano bez znieczulenia, przy pomocy zwykłych obcęgów.

Ówczesny zakres zabiegów felczerskich to zasadniczo było stawianie baniek, robienie lewatywy, przykładania pijawek (kiedyś pińczowskie stojące wody były zagłębiem pijawkowym), robienie gorących okładów na brzuch w wypadku boleści.

Stary pińczowski felczer Samuel Rojf uznawany był za cudotwórcę i Żydzi opowiadali, że „lekarze mogliby się od niego uczyć.”  Inny żydowski felczer – Szacht  nie cieszył się mieście uznaniem i opuścił je w 1922 roku. Edelist Josek Mendel był również poważanym felczerem. Nad drzwiami jego domu, przy ul. Krakowskiej, wisiał ozdobny metalowy pręt z trzema mosiężnymi talerzami ? oznaką zawodu felczerskiego, a na drewnianej tablicy wymalowano napis: ?Goli, strzyże, rwie zęby,  stawia bańki i pijawki.? Był wyspecjalizowany w rwaniu zębów. Cieszył się dużym powodzeniem wśród mieszkańców ponidziańskich wsi.

Z polskich felczerów dużym uznaniem cieszył się Podolski, a także nawet wśród Żydów, polski felczer Bisikiewicz.  Dużą  renomę miał felczer Kiedyk z Chrobrza. W czasie ciężkiej choroby margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, Kiedyk zalecił jako podstawowe leczenie – cięte bańki. Sprowadzony z Berlina samolotem ? awionetką – prof. medycyny potwierdził tę diagnozę. Niestety na leczenie było już za późno.

Z postaci związanych z przedwojenną medycyną pińczowską warto przypomnieć Władysława Błaszczakiewicza, zamordowanego w Katyniu. Apteka, którą prowadził, słynęła z ziołowych maści doskonałych na wszelkie dolegliwości skórne.

Ze względu na koszty, mieszkańcy wsi, jak i miasta, często rezygnowali z porady lekarskiej, za którą nawet w Kasie Chorych trzeba było zapłacić co najmniej pięć złotych. Dojazd zaś lekarza do chorego to koszt co najmniej piętnastu złotych. Przy szpitalu działało ambulatorium, prowadzone przez lekarzy szpitalnych, gdzie Żydzi otrzymywali pomoc medyczną za darmo. Żydzi jednak często w wypadku chorób, szczególnie zakaźnych, ograniczali się do noszenia różnego rodzaju amuletów, zaleconych przez cadyków, mających chronić przed złymi mocami. Wiara ta była niejednokrotnie zabójcza. Znany w Pińczowie był dom, w którym na gruźlicę wymarło kilka rodzin. Po kilku latach, gdy stał opuszczony, wprowadził się do niego stolarz Szmul Dziubas. Jako pobożny chasyd, uczynił to za poradą swego rebego, który zapewnił go, że jeśli wprowadzi się do mieszkania, mając na ręku świeżo upieczoną przez siebie chałę, nic złego nie przydarzy się jego rodzinie w nowym mieszkaniu. Nie trwało długo, jak dwoje jego dzieci zachorowało na gruźlicę i zmarło. Szmul uratował najmłodsze dziecko wynajmując inne mieszkanie.

W drobniejszych przypadkach chorzy udawali się do aptekarza, domagając się od prowizora czegoś „na oberwanie”, „na bolenie w sobie” czy na przeczyszczenie. W aptece Błaszczakiewiczów zazwyczaj bezbłędnie ordynowano właściwe lekarstwa.

Z całej okolicy zjeżdżali się ludzie do Błaszczakiewiczów po lecznicze maści na bazie jałowca, nagietka, korzenia łopianu. Maści wykonywał osobiście sam patron wraz z żoną Józefą, technikiem farmacji. Surowiec do produkcji również był zbierany przez nich oboje w okolicach Pińczowa, słynących z obfitości leczniczych ziół.

W 1951 roku aptekę, którą samodzielnie prowadziła Józefa Błaszczakiewicz znacjonalizowano. Przy okazji panowie z pińczowskiego UB tradycyjnie przeprowadzili gruntowną rewizję w domu Błaszczakiewiczów, po której nie można było doliczyć się wielu cenniejszych rzeczy. Właścicielka apteki przypłaciła zdrowiem ten przejaw sprawiedliwości ludowej.

Drugą, cieszącą się popularnością apteką w Pińczowie była apteka dyplomowanych farmaceutów po Uniwersytecie Jagiellońskim- Klary i Romana Dąbrowskich. Znajdowała się przy ulicy Buskiej.

 

4 odpowiedzi do “Kolejny fragmenty książki Tomasza Jaklewicza: „Czas jak Nida płynie…””

  1. Mich. pisze:

    Dobrze że w Pinczowie są jeszcze ludzie, ktorzy interesuja sie historia naszego miasta. Wiele trudu musialo kosztowac autora informacji. Dla mnie sa bardzo interesujace bo najbardziej interesuje mnie okres I polowy xx wieku.

  2. KAZEK pisze:

    Fajnie się czyta. Ciekawa, a zarazem smutna historia Pińczowa. Skąd na przestrzeni lat pojawiło się tyle żydków w regionie? 48% ja piernicze.

    „Przy szpitalu działało ambulatorium, prowadzone przez lekarzy szpitalnych, gdzie Żydzi otrzymywali pomoc medyczną za darmo.” UUU antypolonizm. Ciekawią mnie stosunki międzyludzkie żydów i Polaków w tym okresie. Czy znajdę odpowiedź w książce? Gdzie będzie można ją kupić>

  3. Mich. pisze:

    Kazek, gdybys konkretniej przesledzil historie Pinczowa wiedzialbys skad taka ilosc. Bardzo nie podoba mi sie twoje okreslenie osob wyznania Mojzeszowego, tak sie nie mowi i zle o tobie swiadczy.

  4. pińczowianin pisze:

    Gdzie można kupić tą książkę?


Masz pytania? Napisz do nas:
redakcja@pinczow.com